Cunninlynguists
Strange Journey Volume Three (2014)
Bad Taste Records

CunninLynguists powrócili z pierwszym od trzech lat wspólnym materiałem. Strange Journey Volume Three spięte zostało historią o kosmitach badających Ziemię w poszukaniu inteligentnych form życia. Jakie były wyniki tych obserwacji — dowiecie się słuchając albumu. Zaznaczę, że nie ma to w sumie żadnego znaczenia, gdyż kosmiczny koncept służy wyłącznie jako pretekst do zapoznania się zestawem nowych utworów od Kno, Nattiego i Deacona the Villaina.
Seria Strange Journey zawsze cechowała się wysokim stężeniem gości na track kwadratowy, tym razem featuringi uświadczyliśmy w każdym (poza jednym) utworze na albumie. Mało tego — łatwo odnieść wrażenie, że miażdżąca większość numerów napisana została specjalnie pod zaproszonych raperów. Miły gest ze strony gospodarzy, ale niestety prowadzi do sytuacji, że raperzy z Cunninlynguists schodzą na drugi plan. Nie można Deaconowi i Nattiemu odmówić wciąż zdrowej formy i umiejętności dobrego trzymania się tematów. Słuchając jednak otwierającego album numeru z Del The Funkee Homosapienem zastanawiałem się, czy nie włączyłem właśnie kolejnego Deltron 3030. W podobny sposób show kradną Blu, Aesop Rock, Tonedeff, czy Murs który najlepiej wpasował się w komiczny klimat „Drunk Call”. Nawet stary, poczciwy Masta Ace najmocniej absorbuje uwagę we wspominającym kultowe nośniki muzyczne „The Format”.
Tym, co nieustannie przypomina nam o tym, że mamy do czynienia z krążkiem od CunninLynguists, jest warstwa produkcyjna. Kno pojawia się tylko raz na mikrofonie (szkoda), ale na podkładach mamy go dokładnie tyle, ile byśmy chcieli. Słuchacze faworyzujący starsze nagrania Cunninów mogą być rozczarowani, gdyż muzyk sztywno trzyma się głównie kierunku obranego na Death is Silent i Oneirology. Ponownie zatem obcujemy z tą specyficzną kompresją bębnów, dobrym wychwytem melodii z sampli i wstawkami wokalnymi zapożyczonymi z nietypowych źródeł. Kno sięga na płycie miedzy innymi do folk rocka, brytyjskiego popu z lat siedemdziesiątych, a miłośnicy poszukiwań polskim akcentów mogą ucieszyć z jednego bardzo swojsko brzmiącego fragmentu. Dzieję się sporo, ale z drugiej strony nie ma zaskoczeń — może poza wieńczącą album abstrakcją rodem z innej galaktyki („Urutora Kaiju”).
W przeciwieństwie do poprzednich dwóch części Dziwnej Podróży, ta reklamowana była jako pełnoprawny album. W rzeczywistości nie dostajemy tutaj niczego, co pozwoliłoby nam traktować ten album jako więcej niż mixtape – odskocznię od właściwej dyskografii chłopaków. Nie jest to wyprawa po złote runo, ale na pewno nie zmarnujecie czasu biorąc w niej udział.



Komentarze