Recenzja: Kelis Food

Data: 28 kwietnia 2014 Autor: Komentarzy:

Kelis

Food (2014)

Ninja Tune

Bierzcie i jedzcie z tego wszyscy. W ten mało wyszukany, ale bądź co bądź trafny sposób można by spuentować tę recenzję już na jej wstępie. Jeszcze bardziej obrazowo można by z kolei scharakteryzować omawiany krążek, porównując Kelis do właścicielki wziętej restauracji, w której rewolucji dokonało niezawodne Ninja Tune. Niemniej jakby tego nie podsumować i nie porównać, najistotniejszym jest, że materiałem zawartym na albumie Food Amerykanka znów magnetyzuje, anonsując tym samym chęć powrotu do korzeni. Kolorowe, emanujące cielesnością teledyski oraz bezduszne elektro-popowe utwory, zostały – na wyżej wspomnianym krążku – zastąpione intymniejszymi i bardziej autentycznymi kompozycjami, które ponownie przyciągają słuchacza do nowojorskiej wokalistki. Spróbujmy więc wspólnie wgryźć się w najnowszą, szóstą płytę Kelis.

Wyobraźcie sobie, że przechodzicie gwarną ulicą pełną różnorodnych restauracji i knajp. Zewsząd dobiegają głosy, jest gwarno, ciężko wyłapać jakieś konkrety. Wtem wasze skupienie przykuwa przebijająca się w tym chaosie muzyka. Rozglądacie się dookoła, szukając źródła rozkręcającej się z każdą sekundą melodii. Wyostrzony słuch i skupiony wzrok coraz pewniej kierują waszymi krokami. Szybko dochodzicie do wniosku, że ta muzyka nie dobiega z głównej arterii i podążając za jej brzmieniem, dochodzicie do wąskiego, nieco zapomnianego przejścia między hałaśliwymi lokalami. Niepozorny przesmyk doprowadza w końcu do miejsca, z którego rozlega się muzyka, która was tam przywiodła. Odchylacie powoli głowę i nad niewielkim wejściem dostrzegacie prosty kolorowy napis „Tradycyjna Kuchnia Amerykańska”, a uchylone drzwi skutecznie zapraszają do środka…

Już od samego progu gościnna Kelis głosem swojego syna pyta czy jesteśmy głodni i jakby z góry znając naszą odpowiedź, zaprasza na afro-beatowe śniadanie. Pierwsza pozycja z trzynastodaniowego menu jedynie podrażnia żołądek, zwiększając łaknienie. Warto w tym miejscu dodać, że za smak wszystkich tych muzycznych dań odpowiada doświadczony szef kuchni Dave Sitek (TV on the Radio), który miał okazję gotować do tej pory z takimi artystami jak Santagold, Yeah Yeah Yeahs, Erick Hassle czy Little Dragon. Symfonia smaków i aromatów przygotowanych przez Dave’a na Food, to zbalansowane dania, którymi nie da się przejść, za to wystarczająco nasycić już owszem. Dostajemy więc odpowiednio kolejne świetnie podane kompozycje, do których raz szczyptę melancholii („Runner”, „Biscuits ‚n’ Gravy”), innym razem odrobinę luzu („Jerk Ribs”, „Coobler”, „Fish Fry”) dodaje sama gospodyni wydawnictwa. Wyżej wspomniane utwory są przy okazji najkonkretniejszymi i najbardziej sycącymi pozycjami z tego muzycznego jadłospisu. Jadłospisu, który został w głównej mierze oparty na naturalnych składnikach w postaci zawadiackiego funku, stonowanego rhythm and bleuesa czy soulu inspirowanego latami 60. i 70. Jedyna chemia jaka się tu pojawia, to ta między artystami odpowiedzialnymi za tą cudowną ucztę zmysłów.

Na szczęście tym albumem Kelis odcięła się grubą kreską od dokonań z jej poprzedniego krążka, gdzie więcej było efekciarstwa i nachalnego parcia na listy przebojów, niż eksponowania rzeczywistych walorów talentu, którego przecież amerykańskiej wokalistce nie brakuje. Poniekąd pokazała także jak dojrzewa artysta, jaką drogę przechodzi oraz jak wielu smaków w międzyczasie próbuje, by ostatecznie osiągnąć swą harmonijną kompozycję. Przez żołądek do serca słuchaczy. Najedzeni? Ja tak.

Komentarze

komentarzy