Recenzja: Michael Jackson Xscape

Data: 12 maja 2014 Autor: Komentarzy:

Xscape-Cover-Art-Deluxe

Michael Jackson

Xscape (2014)

Sony Music Entertainment/Epic Records

Premierą Xscape byłem podekscytowany, ponieważ po porażce, jaką Sony zafundowało fanom cztery lata temu, nie było osoby, która wątpiłaby w wokal na kolejnym pośmiertnym albumie Michaela. Ja, jako samozwańczy ekspert w dziedzinie twórczości Króla, znałem sześć na osiem utworów, które znalazły się na trackliście. Jedynie „Chicago” oraz „Loving You” były dla mnie zagadką, ponieważ mimo plotek o lewej jakości demach, jakie rzekomo można było znaleźć w internecie (przynajmniej w przypadku „Chicago” — „She Was Lovin Me”) nie byłem z nimi zapoznany, toż cieszyłem się na myśl, że usłyszę wokal w całości, nie zważając na nową aranżację. W pojedynku z poprzednikiem, Ucieczka wygrywa bezapelacyjnie.

Pamiętając historię TLC i przekręty L.A. Reida, co do produkcji można było lekko się uprzedzić, a jednak pomimo wszystkich negatywnych wydarzeń, które w historii otaczały szefa wytwórni Epic, trzeba przyznać, że producentów i utwory wybrał na minimum czwórkę. Teddy Riley kojarzony z wtopą z albumu Michael odpadł w przedbiegach, więc tym razem do współpracy zaproszono inną osobistość, która miała okazję nagrywać z samym Michaelem Jacksonem, Rodneya Jerkinsa. Wykonawczym mianowano Timbalanda, który jest na topie i z pewnością sukces to jego drugie imię. Dodatkowo J-Roc i hitmakerzy z Norwegii, duet StarGate odpowiedzialny za największe światowe przeboje. Uruchamiamy więc płytę i… zaczynamy od „Love Never Felt So Good”, disco w klimacie lat 70., podobnego dość do „Don’t Stop Till You Get Enough” (zwłaszcza wersja z Justinem Timberlakiem). Inną bajką są za to „A Place With No Name” produkcji StarGate, porównywane do „Leave Me Alone” (oryginalna wersja jest prześwietna — choć nazywana remake’iem „A Horse With No Name” grupy America, to w wersji Michaela oprócz tekstu ma również całkiem inny charakter) oraz „Do You Know Where Your Children Are”. Oba numery są mroczne i drapieżne. Nowa aranżacja tego drugiego z początku odrzuca na naprawdę sporą odległość. Szybko jednak idzie się osłuchać z dziwnymi dźwiękami rodem z gier z lat 80. i nietypowymi efektami nałożonymi gdzieniegdzie na wokal. Słyszalne są również elementy elektrycznej gitary, ale prędzej na słuchawkach, niż na głośnikach. Po jakimś czasie można więc zrozumieć i co ważne — zaakceptować go, a nawet i polubić.

Z piosenek opowiadających o „złości” mamy ostatnią dwójkę. „Blue Gangsta” i kończące listę „Xscape” to przeciwstawne utwory. Wynika to z następujących powodów: pierwszy jest przekombinowany, a drugi to bardzo udana produkcja. W „Niebieskim Gangsterze” nie wykorzystano potencjału, który czuć przez pierwszą minutę. Do czasu, gdy wpadają bit i cykacze, wciśnięte zresztą na siłę. Z „Ucieczką” natomiast, sytuacja wygląda inaczej. Tutaj dobrą robotę wykonał Darkchild, na którego od początku liczyłem. Sekcja dęta w tytułowym utworze jest strzałem w dziesiątkę i przypomina mocno brzmienia z Thrillera. Smyczki oraz bas uwypuklają wokal Jacksona, który słychać tak czysto, że demo ma się ochotę odepchnąć w kąt i na jakiś czas o nim zapomnieć. Wyrazistość głosu Króla Popu najbardziej słychać w mostku. Najsłabszym ogniwem zdaje się być faworyt (początkowo), „Slave to the Rhythm”, a to dlatego, że Timbo tutaj niestety zawiódł i to na całej linii. Monotonny bit toczący się przez cały kawałek męczy, nic się tam nie dzieje, a utwór sam w sobie mógłby być idealnym kandydatem na przejęcie klubowych parkietów. Wersja Tricky Stewarta bije na łeb na szyję interpretację Timothy’ego, a szkoda, bo nie musiało tak być. Rozczarowanie było tym większe, gdyż w reklamie najnowszego smartfona Sony budująca napięcie sekcja smyczkowa zwiastowała naprawdę mocny numer. Do zestawu dochodzi słodkie „Loving You” w średnim tempie i zmodernizowane „Chicago”.

W ten oto sposób przewidywalnie najsłabszy kawałek stał się bardzo dobrym singlem, a najmocniejszy cios, który miał zostać wyprowadzony przez twórców drugiego pośmiertnego krążka Jacksona, okazał się klapą. Teoretycznie każdy z utworów mógłby wpaść na playlisty DJ-ów klubowych. Teoretycznie, bo to nie czas, ani nie świat, w którym młodzież bawi się do piosenek Michaela Jacksona, inspiracji większości ich idoli. Część polskich fanów nazywa ten kompakt „zlepkiem remiksów”. Sądzę, że niesłusznie, bo jakby to nie brzmiało, w każdym z utworów czuć cząstkę koncepcji najlepiej sprzedającego się artysty wszech czasów. Jak to się mówi — zawsze mogło być lepiej. Jeśli jednak chodzi o albumy pośmiertne, Xscape na pewno nie jest złe, a rzeknę nawet, że jest bardzo dobre i wyróżnia się pośród innych, nie tylko z racji nazwiska na opakowaniu.

Komentarze

komentarzy