Recenzja: The Black Keys Turn Blue

Data: 15 maja 2014 Autor: Komentarzy:

The Black Keys

Turn Blue (2014)

Nonesuch


Pierwszy garażowy duet Ameryki, połączywszy siły z niestrudzonym Danger Mouse’m, wykroił właśnie ósmy krążek w swoim dorobku płytowym. The Black Keys, po wielu latach na bocznym torze, za sprawą przebojowego El Camino niespodziewanie stali się ostatnio jedną z najpoważniejszych sił na rockowej mapie świata. Co ciekawe, na Turn Blue z jednej strony kontynuują stosowanie doskonale sprawdzonych na wcześniejszych krążkach patentów, a jednocześnie nieśmiało zwracają się w zupełnie innym kierunku. Ich fascynacje muzyką lat 60. nie są już tak donośne, a niegdyś optymistyczne upbeatowe muzyczne struktury tym razem przepełnia poczucie podskórnej melancholii. Choć otwierający krążek, niemal siedmiominutowy, psychodelicznie progresywny kolaż w „The Weight of Love” zwiastuje zupełnie inne podejście do materiału, charakterystycznie leniwa produkcja Danger Mouse’a, niemalże zaciera ślady jakichkolwiek dalszych poszukiwań sposobów wydobycia z utworów pożądanej głębi. Ostateczny rezultat to dość ambiwalentny krążek — ani do tańca, ani do różańca. Niewątpliwie rzecz, która nie przepisuje bezmyślnie tego samego schematu z poprzedniej pozycji grupy, ale jednocześnie nie jest wystarczająco angażująca, by móc spojrzeć na nią jako na zdecydowany krok wprzód. Najlepszymi momentami okazują się łączniki między nową a poprzednią wizją The Black Keys na swoją muzykę — singlowe „Fever” i kończący krążek niezobowiązujący hymn nadchodzącego lata „Gotta Get Away”.

Komentarze

komentarzy