Recenzja: Mariah Carey Me. I Am Mariah… The Elusive Chanteuse

Data: 27 maja 2014 Autor: Komentarzy:

Mariah Carey

Me. I Am Mariah… The Elusive Chanteuse (2014)

Def Jam

Problem z Mariah Carey polega na tym, że właściwie nie do końca wiadomo, czy obserwując jej poczynania z ostatnich lat należy się uśmiechać, czy może po prostu śmiać. Wywołująca dość skrajne emocje artystka przyzwyczaiła słuchaczy nie tylko do doskonałego wokalu, ale również do dosyć specyficznej, zmanierowanej osobowości, która niekiedy przysłaniała jej prawdziwy talent. Po pięcioletniej przerwie ikona muzyki pop powraca ze swoim czternastym albumem. Zamiast prezentować się jako Mimi albo Niedoskonały Anioł, mówi — patrzcie i słuchajcie — to ja, Mariah.

Me. I Am Mariah to dość spójny zestaw utworów, których główną oś stanowią inspiracje znane z poprzednich prac artystki. Jeżeli ktokolwiek liczył na to, że będzie to rewolucyjny album, a wokalistka pokusi się o eksplorowanie niezbadanych dotąd przez nią brzmień — będzie rozczarowany. Jeśli natomiast ktoś miał nadzieję na solidny, przemyślany materiał oparty o atuty artystki, którymi nadal pozostają wspaniały głos i dobre teksty — gwarantuję satysfakcję. Na krążku nie zabrakło miejsca dla prostych, emocjonalnych, zaaranżowanych na pianino ballad skupionych na stronie wokalnej („Cry.”). Pojawia się tu także cała gama kawałków, które łączą w sobie współczesne brzmienie i jednocześnie odwołują się do minionych dekad czarnej muzyki — świadczą o tym tęskniące za latami dziewięćdziesiątymi „Dedicated” czy doo-wopowe „Make It Look Good”. Ponadto wyprodukowane przez Hit-Boya „Thirsty” jest zdecydowanym krokiem naprzód w porównaniu do podkładów The-Dreama przygotowanych na Memoirs of an Imperfect Angel. Najmocniejszą stroną albumu jest zeszłoroczny singiel „#Beautiful” nagrany z Miguelem oraz inspirowane taneczną muzyką disco „You Don’t Know What to Do”. To udowadnia, że Mariah śmiało może jeszcze nagrywać kawałki, które mają potencjał, mogą zaistnieć na listach przebojów, a jednocześnie nie brakuje im dobrego smaku.

Nieodłącznym elementem najnowszego albumu Carey są ballady. Oczywiście wszystkie trzymają zbliżony, wysoki poziom, dobrze wkomponowują się w całość płyty i stanowią jej nierozerwalną część. Jednak — zaczynając od singlowego „You’re Mine (Eternal)”, przez bardzo udane „Faded”, po nieco wtórne „Supernatural” — żaden z tych utworów nie jest w stanie dorównać największym hitom Mariah. Brakuje im pewnej kropki nad i, spektakularnych momentów, wciągających refrenów. Z drugiej strony na krążku pojawia się znakomity cover „One More Try” George’a Michaela (dużo bardziej trafiony, dojrzalszy niż wcześniej nagrane „I Want to Know What Love Is” czy „Bringin’ On the Heartbreak”), a gospelowe „Heavenly” stanowi imponujące zakończenie (o wiele lepsze niż znane z E=MC2 „I Wish You Well”).

Me. I Am Mariah jest rezygnacją z nadmiernych kombinacji i eksperymentów, to wybór współpracy ze sprawdzonymi postaciami. Piosenkarka pokazała kim jest i w czym, jako twórca, czuje się najlepiej. Nie ma się co oszukiwać — nadal gdzieniegdzie latają motylki, tęcza przebija się przez największe chmury, bransoletka błyszczy na nadgarstku, brokat unosi się w powietrzu, a tytułowa nieuchwytność jest lekko komiczna. Cóż, taka jest Mariah — i chyba nic już tego nie zmieni. Tak samo jak faktu, że jest jedną z najlepszych, najbardziej znanych i cenionych współczesnych artystek. Z powodzeniem od wielu lat utrzymuje się na rynku muzycznym, być może nie nagra drugiego hitu na miarę „We Belong Together”, ale nadal, niezmiennie jest wyjątkową wokalistką i w całkiem przyjemny, niekiedy nawet wybitny sposób łączy pop, R&B i hip hop. To właśnie ona. To jest Mariah.

Komentarze

komentarzy