Recenzja: Tubas Składowski Bez konserwantów

Data: 4 czerwca 2014 Autor: Komentarzy:

artworks-000077373873-mo0gyj-t500x500

Tubas Składowski

Bez konserwantów (2014)

self released

Już na wstępie należałoby zadać sobie podstawowe pytanie: Kim jest Tubas Składowski? Ja odpowiedzi, jeszcze przed wydaniem omawianego materiału, szukałem dosyć intensywnie — bez skutku. Wszelkie domysły wykrystalizowały w tym czasie dwie wersje. Jedną z nich było przyjęcie, że Tubas jest fikcyjną postacią — specjalnie stworzoną i firmującą ten muzyczny projekt, inna zaś zakładała, że być może jest to zapomniany bohater popkultury idący pod prąd i bezskutecznie walczący o własne poglądy lub konkretne ideały. Odpowiedzi doczekałem się niedawno, w momencie gdy w jednym z wywiadów frontman zespołu — Domek tak scharakteryzował samego Tubasa: „To współczesny superbohater w starym stylu, który próbuje przemycać w popularnym nurcie hiphopowym elementy muzyki ambitnej, takiej jak jazz czy soul. Tubas niesie ze sobą przekaz popularny w latach 90-tych w muzyce, czyli głębszą treść i dobre brzmienia”. W niniejszym tekście rozwinę powyższy cytat, jednocześnie starając się zachęcić was do sięgnięcia po krążek tego hiphopowego live bandu z Białej Podlaskiej. Przekonacie się, że warto.

Parafrazując słowa jednego z utworów: Tubasi w tyle zostawiają tych, co sztywni są, mówiąc yo yo, mówiąc siema ziom! No i rzeczywiście chłopaki z południowego Podlasia, nieprzesiąknięci betonową dżunglą, stawiają na hip hop szczery, tematycznie balansujący między sprawami na pozór błahymi i tymi, które z kolei są często przesadnie napompowane. W tekstach dwóch MCs Składowskiego pojawia się sporo odniesień do życia codziennego, a także — jeśli to konieczne — egzystencjalnych wątków, mówiących m.in o tym jak bardzo ten świat jest nam potrzebny oraz jak równie istotni my jesteśmy dla tego świata. W tych rymowanych rozważaniach, ale i w pomocy nad ogólnym brzmieniem całego albumu, pomogło liczne grono artystów z całej Polski. Muzycy zaprosili bowiem do współpracy raperów: Spinache’a, Te-Trisa, Eskaubei, Lilu, freestyleowe duo: Duże PeFilipa Rudanacja, beatboxera prykONE, wokalistkę Ifi Ude, zaprzyjaźnionych producentów SpajkaTriza, instrumentalistów Łukasza KluczniakaDaniela Pomorskiego, którzy do kompozycji dorzucili od siebie dźwięki dęciaków (trąbki i saksofonu) oraz turntablistów DJ’a DBTDJ’a Wolnego Słuchacza. Efektem jest zróżnicowany i bardzo dojrzały album, inspirowany muzycznymi dokonaniami takich zasłużonych składów jak The Roots, Hocus Pocus, A Tribe Called Quest czy też ArtOfficial. Mamy więc do czynienia z hip hopem uwikłanym w udane romanse z jazzem, funkiem, soulem i bluesem, którego brzmienie niemal całkowicie zostało oparte na żywych instrumentach.

Odnosząc się z kolei do poszczególnych utworów, warto wyszczególnić te najciekawsze, choć tak naprawdę na płycie nie ma słabych momentów, a każdy z piętnastu utworów na niej zawartych jest godny uwagi. Oczywiście kwestią gustu jest flow DomkaWoytaka. Nie każdemu musi także podejść tematyka jaką poruszają w swoich tekstach. Takie rozważania są zresztą nieodłącznym elementem oceny poszczególnych albumów. Band z Białej Podlaskiej już w pierwszym utworze pokazuje karty, zdradzając co i w jakim klimacie będzie grane. Otwierający krążek „Głos” to jazzowy szept dobiegający gdzieś z tyłu głowy, mówiący o tym co tak naprawdę w naszym życiu powinno być ważne, a co z kolei stanowi zagrożenie i jest łatwą pokusą. Kolejną mocną pozycją w trackliście, jest wspomniany już wyżej — zagrany w bardzo sympatycznym funkowo-bluesowym stylu — numer „Yo Yo”, który stanowi autodefinicję Składowskiego. Zaraz po nim muzycy przyśpieszają i wyostrzają brzmienie, serwując połączenie, na które mało kto na hiphopowej scenie się decyduje, łącząc beaty (i beatbox) z gitarowymi riffami w piosence „Bohater”. Gdy player na odtwarzaczu pokazuje 7. track jesteśmy już na półmetku wraz z tytułowym „Bez konserwantów”, gdzie Tubasi wraz z zaproszonymi gośćmi (Lilu i  Eskaubei) wyrażają pochwałę dla tego co naturalne, zachęcając jednocześnie do życia w zgodzie z samym sobą. Niby banalne, ale zawsze trafia. Drugą część płyty otwiera, będąca w moim osobistym top 3 tego krążka, piosenka „Zróbmy deal”. Wśród wyrazistych kolaboracji należy jeszcze wymienić nagrany wspólnie ze Spinachem utwór „Każdy”, który można luźno potraktować jako numer o przyjaźni, mówiący o kumplach/znajomych/bliskich, ale i nagrany właśnie dla nich. Jedynym ukłonem w stronę newschoolowych słuchaczy jest „Gwiezdny pył” w produkcji którego pomagał Spajk. Album kończy „Last song”, który lepiej podsumowuje to LP niż moje ponad trzy tysiące znaków wykorzystanych do napisania tej recenzji. Muzyka po raz kolejny sama definiuje się najlepiej.

Zacząłem od cytatu, cudzą myślą również zakończę. Tubasów trafnie bowiem opisał mój redakcyjny kolega, który w jednym z newsów stwierdził: „Tubas Składowski nawet nie próbują brać udziału w wyścigu po świeżość w polskim hip hopie, ale jak najbardziej dobrze wypadają w tym, co robią i co kochają”. Wystarczy przyklasnąć i dopowiedzieć, że od chłopaków emanuje przede wszystkim pomysł na siebie. Nie powielają wyświechtanych idei, nie płyną z głównym nurtem, nie stosują łatwych sztuczek i tanich podjazdów pod słuchacza masowego. Są naturalni, są Tubasem Składowskim. Bez konserwantów i zbędnych E(lementów)!

Komentarze

komentarzy