Recenzja: Jungle Jungle

Data: 24 lipca 2014 Autor: Komentarzy:

Jungle

Jungle (2014)

XL Recordings

Kiedy już wydawałoby się, że revival disco powoli zaczyna się kończyć, gdzieś pomiędzy chillwave’ową dyskoteką Toro y Moi a Daftpunkowym house’m nawróconym na oldschoolowy funk powstała znaczna luka stylistyczna, gotowa przyjąć, chciało by się rzec, brakujące ogniwo, bez którego neodyskotekowa scena nie byłaby kompletna. Taką muzykę środka niewątpliwie prezentuje londyński duet Jungle, który w minione wakacje pojawił się zupełnie znikąd, by w połowie lipca tego roku wydać wreszcie swój debiutancki album.

To, w jaki sposób Jungle zaczęli nagrywać najpierw dla Chess Clubu, a następnie dla XL Recordings pozostaje zagadką, zwłaszcza, że w krótkim czasie udało im się przebić z kręgów niezależnych do szerokiej publiczności. Tu jednak sprawa jest o tyle prostsza, że wiele jest w stanie wytłumaczyć sama muzyka. Produkcyjnie Jungle być może kątem oka podglądali sąsiadów z londyńskiej sceny bassowo-garażowej, a już na pewno spędzili wiele godzin z ostatnią płytą wspomnianego Toro y Moi, ale jednocześnie ich wizja muzyki jest zupełnie inna. Melodie są proste, klasyczne, jakby wykradzione z szuflady z outtake’ami w Motown Records. Pod tym względem ciekawie komponują się zresztą z wycofanym lo-fi’owym wokalem i chilloutową, nieostrą oprawą muzyczną. Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że spośród dwunastu utworów na krążku wszystkie zostały zrobione w taki sam sposób — i choć muzyka, do jakiej przyzwyczaiło nas radio brzmi w zupełnie inny sposób, duet, poza głównym nurtem, spreparował płytę, mimo wszystko, bardzo generyczną.

Można spierać się co w muzyce jest wartością najwyższą. Jungle jasno i zdecydowanie postawili na chillout. I rzeczywiście, ich debiutancki krążek jest płytą do granic rozmytą, mimo swoich kompaktowych rozmiarów (39 minut), przytłaczającą zaprogramowaną monotonią, gdzieniegdzie, owszem, urzekającą pejzażowością produkcji („Lucky I Got What I Want”, „Drops”), w której faktycznie można się zatopić, ale równie dobrze — utopić. Przede wszystkim za sprawą leniwej rytmiki i antycharyzmatycznych, skrojonych pod linijkę falsetowych wokali, przy których nawet roboty z Daft Punk wypadają ludzko i przebojowo. Mimo to Jungle też przydarzyło się kilka ciekawszych momentów, głównie singlowych („Time”, „The Heat”, „Busy Earnin'”), ale nawet one giną i przepadają w kontekście całej płyty. Płyty, która mogłaby stać się bardzo kompetentnym soundtrackiem do przejażdżki windą, ale jakiekolwiek inne zastosowanie dla niej pozostaje nie mniejszą zagadką co historia samego zespołu.

Komentarze

komentarzy