Eklektik Session: Boxed

Recenzja: Common Nobody’s Smiling

Data: 12 września 2014 Autor: Komentarzy:

Common

Nobody’s Smiling (2014)

Artium / Def Jam

Common od ponad dekady z lepszym lub gorszym skutkiem nie może się zdecydować, czy woli tworzyć single na listy przebojów, czy wrócić do boombapowych korzeni, a Nobody’s Smiling jest na swój sposób kulminacją tych rozterek. Raper dzięki kreatywnej współpracy z Cocaine 80s być może próbował zaczerpnąć świeżego powietrza, które tchnęłoby życie w jego muzykę. Tymczasem wydaje się, że pomimo zmiany podejścia i przeniesienia zainteresowań tematycznych na inne terytorium — wgłąb brutalnych ulic jego rodzinnego Chicago, wrócił do punktu wyjścia i nadal stoi na rozdrożu. No I.D., w którego ręce Common oddał całą warstwę muzyczną nowego krążka, zdarzały się niewątpliwie w przeszłości udane momenty, ale w ostatnich latach stał się jednym z najbardziej generycznych i bezbarwnych producentów hip-hopowych, czego ostatecznym potwierdzeniem jest właśnie ta płyta.

Nobody’s Smiling wypełniają bowiem utwory zrobione bez pomysłu lub zlepione ze zbyt wielu złych pomysłów — produkcje są repetytywne, zbudowane na natrętnych, nieciekawych loopach i nijak nie akcentują charakterystycznego rapu Commona, ani tego co ma do przekazania. Wydaje się, że No I.D. próbował momentami wmanewrować Commona w nagranie drugiego Yeezusa, ale obu brakowało przekonania co do takiego obrotu sprawy. Zasadniczą różnicą między obiema płytami jest to, że momenty, w których West przypierał słuchaczy do muru innowacyjnym podejściem do materiału lub wielkim ego, tu zastąpiono kiepsko zaśpiewanymi popowymi hookami albo twardo i bez pomysłu zapętlonymi samplami. Ale nawet te utwory, przez które Common przepływa równie swobodnie jak w jego najlepszych latach w pewnym momencie zostają sprowadzone do parteru przez brak produkcyjnego wyczucia — najdobitniej słychać to we w części instrumentalnym „Speak My Piece”.

I choć zdarzają się na płycie numery godne uwagi (otwierające „The Neighborhood”, pomijając vocoderowy wstęp, jest znakomitym wprowadzeniem w tematykę krążka, a kończące „Rewind That” to oda do przeszłości, liryczny i produkcyjny majstersztyk, obszernie cytujący J Dillę, a mogący równać się z najlepszymi momentami na Be), Common definitywnie nie ma pomysłu ani na siebie, ani tym bardziej na swój tegoroczny krążek. Bo jak inaczej wytłumaczyć zwrotkę Big Seana w „Diamonds” albo dosłowny remake „Jesus Walks” Kanyego Westa w „Kingdom”?. Mimo wszystko Nobody’s Smiling to odpowiedni tytuł dla tej płyty. Common w istocie nie ma powodów do śmiechu.

Komentarze

komentarzy

Eklektik Session: Boxed