Recenzja: Mick Jenkins The Water[s]

Data: 17 września 2014 Autor: Komentarzy:

mick

Mick Jenkins

The Water[s] (2014)

Cinematic Music Group

Coraz więcej rapowych talentów wyłania się ostatnio z głębin muzycznego podziemia Chicago. Wśród nich znajdują się tacy, którzy idą na łatwiznę i urządzają spływ nurtem całej współczesnej sceny, a także tacy, którzy wolą kraulem pod prąd. Mick Jenkins należy do tych drugich, a jego ostatni mixtape jest jak wylany na głowę kubeł lodowatej wody. I nie mówię tutaj o żadnym #icebucketchallenge, a o zwyczajnej chęci orzeźwienia.

Motyw tytułowej wody (wód?) wypływa na albumie przy prawie każdej okazji. Woda to żywioł, woda to budulec większości naszego ciała. Ale woda to również sens życia, metafora naszego zapotrzebowania na wiedzę, rozwój, miłość, czerpanie przyjemności z tego, co daje nam pozornie szara codzienność. Prawda niezmącona żądzą posiadania dóbr materialnych — czyli toksyną, która wywróciła do góry nogami piramidę zapotrzebowań społeczeństwa. Jenkins nie odkrywa Atlantydy, ale pozwala nam łatwo utożsamić się z jego klarownym światopoglądem. Również sposób, w jaki przedstawia nam swój świat — od przestępczych historii z chicagowskich ulic po dzielenie się swoim sentymentem do imbirowego piwa i wycieczek do Monteralu — sprawia, że nieraz The Water[s] popłynie z naszych głośników.

Przyczynia się do tego także czysto muzyczna strona mixtape’u. Mick jest raperem z kompletnym warsztatem, nie boi się przyspieszeń, modyfikacji flow, a jeśli konwencja tego wymaga — zbliżenia się lekko do formy recytacji. Nie uświadczymy tutaj psychodelicznych wynurzeń, narzucania melodii w zwrotkach, ale te braki są akurat w kontekście całej nowej fali hip hopu bardzo orzeźwiające. Niski głos rapera świetnie pasuje do zawartych na płycie podkładów — nowoczesnych, trochę rodem z albumów Kendricka Lamara i jego kolegów, ale za to silnie polegających na samplowaniu trochę zatopionego ostatnio przez hiphopowców jazzu. Pomimo sporej ilości producentów materiał zachowuje muzyczną płynność, za wyjątkiem zamykającego album utworu. „Jerome” bynajmniej nie jest wpadką, a bardziej takim soczystym bonusem, w którym Jenkins wraz z Joeyem Bada$$em zamieniają się w gejzery energii na obrzydliwie brudnym, nowojorskim podkładzie.

Po odsłuchu The Water[s] nie pozostaje mi nic innego jak życzyć Mickowi Jenkinsowi szybkiego wypłynięcia na szerokie wody. Raper póki co raczej powoli zbiera rozgłos, ale wierzę, że potencjał w nim tkwiący zaowocuje czymś jeszcze większym i jego kolejne projekty również będą wodą na młyn naszych umysłów.

Komentarze

komentarzy