mick jenkins

Mick Jenkins zaskakuje w podwójnym wydaniu

mick jenkins zdjecie

mick jenkins zdjecie

Czy może być coś lepszego niż niezapowiedziany singiel Micka Jenkinsa i Kaytranady? Może — wystarczy dorzucić jeszcze więcej Micka. Zaledwie 2 miesiące po premierze bardzo przyjemnego The Circus lider Free Nation atakuje z podwójną dawką muzyki pod postacią utworów „Frontstreet” z Kaytranadą i „Snakes” z gościnnym udziałem Kojeya Radicala, utalentowanego brytyjskiego rapera i poety. Oba utwory są pełne energii i podobnie jak ostatnie EP artysty udowadniają, że luźne wydawnictwa wychodzą mu najlepiej. Co jeszcze Mick Jenkins szykuje dla nas w tym roku?

Odsłuch: Mick Jenkins The Circus

Mick Jenkins zaskakuje nowym krążkiem

Mick Jenkins to jedna z ciekawszych postaci współczesnego jazz rapu, choć w Polsce nigdy nie doczekał się należytego mu szacunku. Wynikać to może, chociażby, z tego, że ciężar gatunkowy twórczości rapera skupia się przede wszystkim na zaangażowanej liryce pobrzmiewającej na neowariacjach samplowanego abstract rapu w duchu wczesnego Kendricka czy ekipy Dreamville, która odważnie sięga po tematy rasowej nierówności, czarnego nacjonalizmu i postkolonialnego dziedzictwa. Produkcję spod znaku wytwórni  J Cole’a śmiało mieszającej starą i nową szkołę słychać najbardziej na najnowszym albumie Jenkinsa, The Circus.

Cyrkowy album to właściwie szybki strzał w formule znacznie bardziej przywodzącej na myśl EPkową zwięzłość. Zaskakuje to, w szczególności w kontekście poprzednich wydawnictw rapera, którego kultowy w niektórych kręgach mixtape The Water[s] to raczej rozmyty, neo-soulowy slowburner. Tutaj, choć soul i R’n’B dalej szumią gdzieś w tle, stylistycznie Mick trafia znacznie bardziej w trapową wrażliwość. Kawałki sporadycznie przekraczają znacznik 3 minut i stawiają przede wszystkim na okrojenie muzyki do treściwego sedna. Najbliższym stylistycznym odwołaniem dla Circus wydaje się zeszłoroczny krążek Mirrorland Earthgang, który to duet jest z resztą jedyną gościnką, która się zmieściła w 19 minutach materiału. Nie wiemy czy to jest droga, na której chcielibyśmy widzieć Jenkinsa, ale być może pozwoli mu ona na zjednanie sobie nowych fanów.

Recenzja: Mick Jenkins Pieces of a Man

Mick Jenkins

Pieces of a Man (2018)

Free Nation & Cinematic

„You’re only getting pieces of the story, you’re only ever getting pieces of the person and you judge a whole life off of a moment” — deklaruje Mick Jenkins na swoim drugim długogrającym albumie. To punkt wyjścia do podróży przez symboliczne urywki życia, które razem składają się na wymagającą w odbiorze muzyczną dekonstrukcję osobowości. Niedobór perspektyw może jednak drastycznie zniekształcić ten obraz, zupełnie jak stłuczone lustro.

Długie projekty nigdy nie były mocną stroną Micka Jenkinsa. To jednak pole, na którym chce sprawdzić się prawie każdy artysta. W przypadku lidera Free Nation nie pierwszy raz ambicje wzięły górę nad rozsądkiem, i tak oto w ręce słuchaczy trafił obszerny krążek pełen mówionych przerywników i pewnego przerostu formy nad treścią. Znowu. Pieces of a Man współdzieli tytuł z debiutancką płytą Gilla Scott-Herona i na podobną skalę komentuje rzeczywistość społeczną. Witające słuchacza „Heron Flow” całkiem skutecznie buduje atmosferę z pogranicza jam session i slamu poetyckiego. Rozwinięciem jest solidne „Stress Fracture”, które kontestuje współczesny model relacji i wzajemnego wykorzystywania się przez ludzi. Ożywienie podtrzymuje „Gwendolynn’s Apprehension” — inspirowana wierszem Gwendolyna Brooksa refleksja nad autorytetami i ideałami z młodości przyprawiona syntetycznym brzmieniem klawiszy spod ręki Black Milka. Dodając do tego dwie kolejne propozycje, w których Mick kolejno obnaża się do nagiej prawdy i bezpardonowo piętnuje wiarę czy materializm, płyta przeradza się z witrażu spostrzeżeń w swoisty festiwal cynizmu. Nietrudno przecież zauważyć, że świat, który nas otacza ma do zaoferowania równie wiele dobrego, jak i złego. Ta obserwacja nie należy jednak do odkrywczych — to oczywistość, za którą kryje się przecież o wiele więcej. Niestety brak tak potrzebnej przy albumach konceptualnych żonglerki perspektywami i wcielania się w odmienne role sprawia, że Pieces of a Man wydaje się w swojej wielowarstwowości dosyć płytkie.

Potknięcia w sferze treści mogłoby zrekompensować samo brzmienie płyty, tu jednak Mick również natrafia na liczne bariery, z których najpoważniejszą jest brak wizji samej struktury i formuły. Przerywniki w postaci dialogów i fragmentów występów nie porządkują całości, ale też trudno wyodrębnić z niej poszczególne sekcje. Kilka nieroztropnych decyzji słyszalnych jest także w refrenach, które w wielu przypadkach wydają się wyblakłe i nie są w stanie ponieść poszczególnych numerów. Jeśli jednak przymknąć na to oko, Pieces of a Man raz po raz serwuje pierwszorzędne popisy tekściarskie, dobre występy gościnne i niebanalną produkcję. Jenkins wie, jak ugryźć utwór, aby w twórczym procesie nadać mu niepowtarzalny charakter i zaintrygować słuchacza. „Padded Locks” to starcie młodzieńczej butności z wyrachowaniem i pazurem weterana na genialnym podkładzie Kaytranady. „Barcelona” od pierwszych sekund przykuwa uwagę fantazyjną warstwą perkusyjną i lekko offbeatowym, ale bardzo ekspresyjnym stylem rapowania gospodarza. Między tym wszystkim producenci na czele z THEMpeople przemycają subtelne i przyjemne elementy instrumentalizacji, które nadają całości jazzowy klimat. Zwieńczeniem niemal godzinnego krążka jest absolutnie mistrzowskie „Smoking Song”, które dzięki zadymionej atmosferze i piwnicznemu pogłosowi towarzyszącemu boskiej aranżacji BadBadNotGood przenosi słuchacza do Chicago lat 20. Aż chciałoby się pomarzyć o tym, co by było, gdyby kanadyjski kolektyw odpowiadał za produkcję całego albumu.

Jeśli przyrównywać Pieces of a Man do czegokolwiek, najbliżej jest mu do tomu poezji. Każdy twór w jego obrębie jest osobną stroną, samodzielnym bytem, które łączy punkt widzenia Micka. Odbiór utrudnia jednak jego brak zdolności do przedłożenia kreacji pełnego obrazu nad swoje ambicjonalne zapędy i krytyczne obserwacje. Trzeba więc uczciwie przyznać, że drugi album rapera jest pewnym rozczarowaniem. Niemniej, nawet największe grzechy nie są w stanie obedrzeć go z nieposkromionego talentu, umiejętności lirycznych czy niewątpliwego czucia muzyki i jeśli by oceniać płytę wyłącznie w tych kategoriach, Jenkis wspina się tu na wyżyny swoich możliwości. Tym bardziej szkoda, że po drodze spotyka tyle, mogłoby się wydawać — niepozornych, przeszkód.

Saba zaprasza Micka Jenkinsa i Xaviera Omära do nowego singla

Jeszcze nie zdążyliśmy ochłonąć po znakomitym tegorocznym longplayu Saby Care for Me, a już pochodzący z Chicago raper prezentuje się nam w kolejnej intrygującej odsłonie, tym razem w formie luźno udostępnionego na Soundcloudzie pojedynczego kawałka — „Stay Right Here”. Do pulsującego kreatywną energią numeru Saba nie bez powodu zaprosił Micka Jenkinsa i Xaviera Omära, którzy mają z gospodarzem znakomitą synergią i wspólnie na soulowych podwalinach wykroili znakomity hiphopowy numer.

#FridayRoundup: Nao, Mick Jenkins, Georgia Anne Muldrow i inni

Z tygodnia na tydzień robi się coraz ciekawiej w obrębie piątkowych premier płytowych. Końcówka roku z pewnością obrodzi w wiele ciekawych rzeczy, a dzisiaj dorzucamy do tej puli m.in. nowe albumy od Nao, Micka Jenkinsa czy The Black Eyed Peas, a  wydany dzisiaj krążek Johna Legenda z pewnością uświadomi co niektórym, że powoli zbliżają się już święta.
(więcej…)

Mick Jenkins ujawnia datę premiery nowego krążka

Mick Jenkins w ostatnim czasie karmił nas głównie kolejnymi singlami (nie żebym narzekał), ale informacja, na którą czekali jego fani nadeszła dopiero teraz. Raper postanowił zdradzić kilka szczegółów na temat nadchodzącego albumu. Nowy krążek Micka będzie zatytułowany Pieces of a Man, a jego okładkę możemy podziwiać na instagramowym koncie artysty. W dodatku poznaliśmy także datę premiery krążka, która odbędzie się już 26 października. Przy okazji ukazał się również nowy kawałek „Understood”. Za bit do numeru odpowiada niezawodny Kaytranada. Nic tylko czekać na całość.

Nowy utwór: Mick Jenkins „What Am I To Do”

Od premiery The Healing Component minęło już prawie dwa lata, a my wciąż czekamy na drugi pełnoprawny album od Micka Jenkinsa. Raper wypuścił w ostatnich miesiącach dwa mixtepe’y (Or More; The Anxious, Or More; The Frustration) i tylko zaostrzył nasz apetyt na więcej. Przed kilkoma dniami w sieci pojawił się jeden z singli zapowiadających nowy longplay artysty – „What Am I To Do” na samplowanym bicie od Kaytranady. Kiedy odbędzie się premiera Piece of a Man? To wciąż pozostaje tajemnicą, ale z takimi numerami oczekiwanie z pewnością będzie przyjemniejsze.

Odsłuch: Mick Jenkins Or More; The Anxious

Mick Jenkins nie wychylał się za bardzo na przestrzeni ostatnich dwunastu miesięcy. Plotka głosi, że pracuje nad kolejnym albumem, który ma ujrzeć światło dzienne już na początku przyszłego roku. Póki co, by umilić fanom okres oczekiwania, raper udostępnił projekt zatytułowany Or More; The Anxious. Nowa epka jest wyraźnie mroczniejsza od wcześniejszych dokonań reprezentanta Chicago. W jej skład wchodzi siedem kawałków, a gościnnie pojawiają się na niej Michael Anthony oraz Saba. Dobra rozgrzewka przed nadchodzącym longplayem.

Nowa epka: EarthGang „Rags”

Na przestrzeni 2017 roku w DreamVille Records pojawiło się kilka nowych twarzy. Jakiś czas temu szeregi wytwórni zasilił J.I.D, a w ostatnich dniach kontrakt z J.Colem podpisali kolejni reprezentanci Atlanty. EarthGang to duet, w którego skład wchodzą Johnny Venus oraz Doctur Dot. Ta dwójka jak i wspomniany wcześniej J.I.D są częścią większego kolektywu znanego jako Spillage Village. Panowie współpracowali już ze sobą kilka razy na przestrzeni tego roku, dogrywając się sobie wzajemnie najpierw na The Never Story, a teraz na nowe wydawnictwo – Ragz. W skład epki wchodzi pięć premierowych kawałków, na których dodatkowo udzielają się Childish Major oraz Mick Jenkins. Atlanta w zupełnie innej odsłonie. Materiał godny polecenia.

Recenzja: Mick Jenkins The Healing Component

mick-jenkins

Mick Jenkins

The Healing Component (2016)

Cinematic Music Group

W 2016 roku mieliśmy już okazję usłyszeć co najmniej dwie bardzo głośne premiery z Chicago. Pierwsza z nich to oczywiście długo oczekiwane i kontrowersyjne The Life of Pablo Kanyego Westa, druga natomiast to niemal zewsząd chwalone The Coloring Book od Chance’a the Rappera. Niedawno do tej dwójki dołączył Mick Jenkins wraz ze swoim oficjalnym debiutanckim albumem The Healing Component. Kiedy dwa lata temu światło dzienne ujrzał jego mixtape The Water[s] Mick momentalnie stał się jedną z nowych rapowych twarzy, z którymi pokładane są największe nadzieje słuchaczy. Głównie dlatego, że posiada chyba coraz rzadziej spotykaną umiejętność tworzenia rapu, który miałby w sobie tyle samo poetyckiej wrażliwości co społecznego zaangażowania.

Podobnie do ostatnich projektów Jenkinsa THC jest przede wszystkim albumem konceptualnym. Głównym motywem The Water[s] oraz zeszłorocznej epki Wave[s] była uzdrawiająca siła wody, która przedstawiona była jako metafora prawdy. Tym razem Jenkins poszedł jeszcze dalej i cały swój nowy album zbudował wokół miłości w jej różnych odcieniach. Pochodzący z Chicago raper stosunkowo mało miejsca poświęca temu pojęciu w romantycznym kontekście, a dużo więcej opowiada o miłości jako szerzeniu pozytywnego myślenia, pokoju i szacunku względem innych ludzi i samego siebie. Nie zabrakło też licznych odniesień do religii i duchowości, przez co The Healing Component czasem przywołuje na myśl wspomniane już The Coloring Book. W przeciwieństwie do Chance’a Jenkins stara się jednak mieszać pozytywną energię i optymizm („Spread Love”, „Communicate”, „Angles”) z mroczniejszym momentami. Do takich należą na pewno najlepsze na płycie „Daniels Bloom”, „Fall Through” czy „Drowning” z BADBADNOTGOOD, któremu klimatycznie zdecydowanie bliżej do bluesa lub free jazzu aniżeli rapu w tradycyjnym wydaniu.

Poprzednie krążki Jenkinsa zdominowane były przez ciepłe, eteryczne i jazzujące brzmienie. W podobnej atmosferze zanurzone są podkłady na The Healing Component, chociaż wydaje się, że nowy album artysty jest w tym względzie nieco mniej hermetyczny od chociażby The Water[s]. Obok hipisowskiego hymnu „Spread Love” i wolno płynącego, zwiewnego „Angles” znajdziemy tu przecież jeszcze wyprodukowane przez Kaytranadę klubowe „Communicate”, a także przestrzenne i syntetyczne „1000 Xans” z całkiem udanym refrenem theMind. Te próby urozmaicenia warstwy brzmieniowej nie zawsze wychodzą jednak Jenkinsowi na dobre — najlepszym przykładem jest „As Seen in Bethsaida”, gdzie rycząca, dubstepowa elektronika ma się nijak do całościowego klimatu płyty. Z kolei „Strange Love” oraz „Prosperity” to przeciągnięte i monotonne zapychacze.

Nie da się ukryć, że budowanie całego materiału wokół tak abstrakcyjnego i w gruncie rzeczy wyświechtanego pojęcia jak miłość jest zadaniem dosyć trudnym. Na The Healing Component autorowi zdarza się ocierać o banał, jednak jego wszechstronność i liryczna kreatywność sprawia, że w niedalekiej przyszłości może stać w jednym szeregu z najważniejszymi przedstawicielami świadomego rapu pokroju Kendricka Lamara, Vince’a Staplesa czy Joeya Bada$$a.