Recenzja: Saba Care for Me

Data: 21 maja 2018 Autor: Komentarzy:

Care for Me recenzja

Care for Me

Saba (2018)

Saba Pivot

Wydane w 2016 r. Bucket List było zaskakująco dojrzałym i solidnym projektem młodego rapera z Chicago, przed którym cały świat stał otworem. Care for Me jest jak przypomnienie, że nawet sukces, pieniądze i zmiana środowiska nie są w stanie uchronić go przed widmem przeszłości, a getto jest nie tylko pojęciem socjologicznym i urbanistycznym, lecz przede wszystkim stanem świadomości. Wymowny tytuł albumu zyskuje głębsze znaczenie w kontekście historii, którą Saba ma do przedstawienia — a jest to historia o miejscach, w których troska bliźniego może być bardzo potrzebna.

Na poziomie konceptu Care for Me to opowieść o świecie, w którym o życiu decydują przypadki. Szybki bieg wydarzeń trzyma w ciągłym stanie niewyobrażalnego napięcia, a rodzące się z nudy i ignorancji konflikty prowadzą do ludzkich tragedii. To przede wszystkim zapis głębokiej traumy, jaką autor przeżył po morderstwie swojego kuzyna, przyjaciela i współzałożyciela kolektywu Pivot Gang, Johna Walta. ”Jesus got killed for our sins, Walter got killed for a coat” – rapuje Saba w otwierającym płytę „Busy / Sirens”, które, chociaż utrzymane jest w kołyszącym, melancholijnym nastroju, dotyczy strachu, samotności, przemocy i rasowych podziałów. Mimo że nagrano już wiele projektów o podobnej tematyce, Saba wyróżnia się na ich tle pomysłami na każdy utwór z osobna, co pozwala mu eksplorować wszystkie wymiary życia Afroamerykanina w zżeranej przez przestępczość metropolii. Zadumę i refleksję, które kontynuuje poświęcone destruktywnym relacjom damsko-męskim „Broken Girls”, przerywa ciężkie, hałaśliwe i depresyjne „Life”. Skandowane podczas refrenu słowa „Life don’t mean shit to a nigga that ain’t never had shit” prosto oddają rodzaj zrezygnowanej mentalności młodego człowieka, który nie ma nic do stracenia. Wszystko ma jednak swoje granice — „Fighter” to swoisty opór i niechęć wobec wszechobecnej agresji, lecz, co najważniejsze, jej tolerancji i szerokiego przyzwolenia.

Care for Me wygrywa głównie na polu tekstów i wyjątkowo rozbudowanej narracji. Odsłuch pozwala zatopić się w opowiadanej historii niczym w dobrej książce. Dzięki temu jej bohater, którym jest Saba, staje się namacalną, pełną realizmu postacią, z którą trudno nie sympatyzować. Słuchacz towarzyszy mu podczas sytuacji, które z łatwością mogłyby złamać najtwardszy charakter, ale także w chwilach ucieczki i próby zapomnienia. Mocno oparte na instrumentalizacji i dopracowane brzmienie albumu może być nużące przy pierwszym zetknięciu, jednak zyskuje z każdym kolejnym odtworzeniem. Jedynym, co może wyrwać z tak angażującego doświadczenia, są chwilami niedomagające refreny, które nie przystają do bardzo różnorodnego i energicznego flow Saby. Ono natomiast w długich utworach często przyjmuje formę niepowstrzymanego strumienia wersów, tak jak w przypadku zwalającego z nóg „Prom / King”. Dobry konceptualny album powinien zawierać konkluzję — w przypadku Care for Me jest ona skumulowana w dwóch ostatnich utworach, opowiadających o tym, że nawet najpiękniejsze momenty w życiu mogą być zrujnowane przez nieszczęśliwy splot zdarzeń. Interesujące jest również to, jak oba numery korespondują ze sobą — podczas gdy jeden kończy się postrzeleniem Johna Walta i szaleńczą próbą ratunku (”Fuck it, wherever you are my nigga, we’ll come and find you”, drugi otwiera zmiana perspektywy i rozładowanie napięcia, przynosząc ulgę, afirmację i dosadny morał dla całej płyty.

Care for Me jest wspaniałym, dojrzałym, bogatym w brzmienia i pomysły, porywającym albumem, który doskonale wpisuje się w falę zaangażowanego hip-hopu z Chi City. Ogrom potencjału i talentu artysty najbardziej widoczny jest w samym formacie; w zaledwie 10 utworach udało mu się przekazać bardzo wiele, zarówno w tekstach, formie, jak i samej muzyce. To najlepsza płyta w dorobku Saby i poważny pretendent do listy najlepszych albumów hip-hopowych w 2018.

Komentarze

komentarzy