Recenzja: Mick Jenkins Pieces of a Man

Data: 16 listopada 2018 Autor: Komentarzy:

Mick Jenkins

Pieces of a Man (2018)

Free Nation & Cinematic

„You’re only getting pieces of the story, you’re only ever getting pieces of the person and you judge a whole life off of a moment” — deklaruje Mick Jenkins na swoim drugim długogrającym albumie. To punkt wyjścia do podróży przez symboliczne urywki życia, które razem składają się na wymagającą w odbiorze muzyczną dekonstrukcję osobowości. Niedobór perspektyw może jednak drastycznie zniekształcić ten obraz, zupełnie jak stłuczone lustro.

Długie projekty nigdy nie były mocną stroną Micka Jenkinsa. To jednak pole, na którym chce sprawdzić się prawie każdy artysta. W przypadku lidera Free Nation nie pierwszy raz ambicje wzięły górę nad rozsądkiem, i tak oto w ręce słuchaczy trafił obszerny krążek pełen mówionych przerywników i pewnego przerostu formy nad treścią. Znowu. Pieces of a Man współdzieli tytuł z debiutancką płytą Gilla Scott-Herona i na podobną skalę komentuje rzeczywistość społeczną. Witające słuchacza „Heron Flow” całkiem skutecznie buduje atmosferę z pogranicza jam session i slamu poetyckiego. Rozwinięciem jest solidne „Stress Fracture”, które kontestuje współczesny model relacji i wzajemnego wykorzystywania się przez ludzi. Ożywienie podtrzymuje „Gwendolynn’s Apprehension” — inspirowana wierszem Gwendolyna Brooksa refleksja nad autorytetami i ideałami z młodości przyprawiona syntetycznym brzmieniem klawiszy spod ręki Black Milka. Dodając do tego dwie kolejne propozycje, w których Mick kolejno obnaża się do nagiej prawdy i bezpardonowo piętnuje wiarę czy materializm, płyta przeradza się z witrażu spostrzeżeń w swoisty festiwal cynizmu. Nietrudno przecież zauważyć, że świat, który nas otacza ma do zaoferowania równie wiele dobrego, jak i złego. Ta obserwacja nie należy jednak do odkrywczych — to oczywistość, za którą kryje się przecież o wiele więcej. Niestety brak tak potrzebnej przy albumach konceptualnych żonglerki perspektywami i wcielania się w odmienne role sprawia, że Pieces of a Man wydaje się w swojej wielowarstwowości dosyć płytkie.

Potknięcia w sferze treści mogłoby zrekompensować samo brzmienie płyty, tu jednak Mick również natrafia na liczne bariery, z których najpoważniejszą jest brak wizji samej struktury i formuły. Przerywniki w postaci dialogów i fragmentów występów nie porządkują całości, ale też trudno wyodrębnić z niej poszczególne sekcje. Kilka nieroztropnych decyzji słyszalnych jest także w refrenach, które w wielu przypadkach wydają się wyblakłe i nie są w stanie ponieść poszczególnych numerów. Jeśli jednak przymknąć na to oko, Pieces of a Man raz po raz serwuje pierwszorzędne popisy tekściarskie, dobre występy gościnne i niebanalną produkcję. Jenkins wie, jak ugryźć utwór, aby w twórczym procesie nadać mu niepowtarzalny charakter i zaintrygować słuchacza. „Padded Locks” to starcie młodzieńczej butności z wyrachowaniem i pazurem weterana na genialnym podkładzie Kaytranady. „Barcelona” od pierwszych sekund przykuwa uwagę fantazyjną warstwą perkusyjną i lekko offbeatowym, ale bardzo ekspresyjnym stylem rapowania gospodarza. Między tym wszystkim producenci na czele z THEMpeople przemycają subtelne i przyjemne elementy instrumentalizacji, które nadają całości jazzowy klimat. Zwieńczeniem niemal godzinnego krążka jest absolutnie mistrzowskie „Smoking Song”, które dzięki zadymionej atmosferze i piwnicznemu pogłosowi towarzyszącemu boskiej aranżacji BadBadNotGood przenosi słuchacza do Chicago lat 20. Aż chciałoby się pomarzyć o tym, co by było, gdyby kanadyjski kolektyw odpowiadał za produkcję całego albumu.

Jeśli przyrównywać Pieces of a Man do czegokolwiek, najbliżej jest mu do tomu poezji. Każdy twór w jego obrębie jest osobną stroną, samodzielnym bytem, które łączy punkt widzenia Micka. Odbiór utrudnia jednak jego brak zdolności do przedłożenia kreacji pełnego obrazu nad swoje ambicjonalne zapędy i krytyczne obserwacje. Trzeba więc uczciwie przyznać, że drugi album rapera jest pewnym rozczarowaniem. Niemniej, nawet największe grzechy nie są w stanie obedrzeć go z nieposkromionego talentu, umiejętności lirycznych czy niewątpliwego czucia muzyki i jeśli by oceniać płytę wyłącznie w tych kategoriach, Jenkis wspina się tu na wyżyny swoich możliwości. Tym bardziej szkoda, że po drodze spotyka tyle, mogłoby się wydawać — niepozornych, przeszkód.

Komentarze

komentarzy