Recenzja: Lenny Kravitz Strut

Data: 12 października 2014 Autor: Komentarzy:

Lenny Kravitz

Strut (2014)

Roxie Records / Kobalt

By opisać muzykę Lenny’ego Kravitza z pewnością nie użylibyśmy ani określenia „bezkompromisowy”, ani tym bardziej „stylowy”, ale przecież nie stąd, a z fantastycznego wyczucia melodii bierze się jego artystyczna siła. I choć od lat nie nagrał płyty, która zauważalnie wpisałaby się w mapę współczesnej muzyki, wciąż konsekwentnie wydaje kolejne lepsze lub gorsze krążki, które jednak — trzeba to uczciwie przyznać — nigdy nie schodzą poniżej pewnego poziomu.

Niedorzecznością byłoby oczekiwać po Strut muzycznej rewolucji. A jednak dwa pierwsze single („The Chamber” i „Sex”), mocno osadzone w stylistyce ejtisowej nowej fali, jakby wbrew logice dopuszczały możliwość subtelnej zmiany kierunku. Bo gdyby jednak okazało się, że gitary we wszystkich utworach na Strut brzmią z tą samą anachroniczną nonszalancją co we wspomnianym „Sex” (zręcznie zresztą otwierającym krążek, niejako wyznaczającym kierunek dla całej płyty), Kravitzowi byłoby dziś pewnie bliżej do Prince’a z połowy lat 80., niż do którejkolwiek własnej płyty z minionego ćwierćwiecza.

W rzeczywistości jednak na tych dwóch utworach opisana historia się kończy. Kravitz szybko wraca do swojego sztandarowego brzmienia — post-hendriksowskiej fuzji rock & rolla i funku umiejętnie sformatowanego pod amerykańskie radiostacje top 40 z drugiej połowy lat 90. I koniec końców to właśnie do tego dziesięciolecia muzycznie odnosi się zdecydowana większość materiału na Strut — nawet jeśli trudno jednoznacznie zdecydować o przynależności saksofonowych solówek do którejkolwiek z dekad. Kravitz brzmi równie witalnie co na klasycznych płytach, które zdefiniowały go jako artystę i otworzyły przed nim drzwi do wielkiej kariery — Mama SaidAre You Gonna Go My Way sprzed ponad 20 lat.

Cover Smokey’go Robinsona „Ooo Baby Baby” uderza w te same nuty, którymi przed laty zachwyciło „It Ain’t Over ’til It’s Over”, „I’m a Believer” od pierwszego odsłuchu uderza prostolinijną rock & rollową przebojowością i natchnionym refrenem, a „Frankenstein” łączy klimat klasycznych kravitzowskich ballad (których zresztą na płycie jest kilka) z hipnotyzującą rytmiką, ascetycznie dubowego bluesa. Wspólnym mianownikiem całej płyty jest więc siłą rzeczy sam Kravitz ze wspomnianym już przeze mnie, nie bez przyczyny zresztą, fantastycznym wyczuciem melodii. Tym samym udaje mu się dodać do swojego twórczego dorobku kolejną nieprzełomową, ale jak najbardziej satysfakcjonującą płytę.

Komentarze

komentarzy