Recenzja: Apollo Brown & Ras Kass Blasphemy

Data: 6 listopada 2014 Autor: Komentarzy:

Apollo Brown & Ras Kass

Blasphemy (2014)

Mello Music Group

 

Wytwórnia Mello Music Group w przeciągu kilku lat stała się symbolem jakości, jeśli chodzi o trueschoolowy rap. W 2014 wydała kilka bardzo ciepło przyjętych pozycji, takich jak chociażby solowy album Verbal Kenta czy długo wyczekiwane wydawnictwo spod szyldu Diamond District. Ostatnią, tegoroczną pozycją w planach wydawniczych Mello Music Group jest album respektowanego, pochodzącego z Detroit Apollo Browna oraz lirycznego wyjadacza z Kalifornii Ras Kassa.

Tematyka na Blasphemy skupia się głównie wokół wątków historycznych, politycznych i religijnych, jednakże znajdziemy tutaj, także kilka przechwałek, introspekcji, reminiscencji, doświadczeń związanych z relacjami damsko-męskimi oraz moralizatorskich treści. Muzycznie dostajemy to, na co każdy zaznajomiony z twórczością Apollo Browna był przygotowany. Soulowe sample, kohorty smyczków, szelest winyli i charakterystyczne chropowate brzmienie. Wtedy producent z Detroit wypada najlepiej. Gdy próbuje wyjść ze swojej wiodącej stylistyki, nie jest już tak dobrze. Posse cut „Giraffe Pussy” ze względu na gości, Royce’a Da 5’9”, Bishopa LamontaXzibita mógł elektryzować, a wyszło… średnio. Poprawny, ale nudny przestrzenny bit i dość głupkowaty refren psują pozytywne wrażenie dotyczące zwrotek dwóch pierwszych raperów. Z obowiązku gościa fantastycznie wywiązuje się natomiast Pharoahe Monch, który w niezwykle plastyczny sposób powraca do zdarzeń z przeszłości w utworze „H20” — jednym z najlepszych utworów na całym albumie.

Ras Kass jest w naprawdę niezłej formie jak na gościa, który nawija od dwóch dekad. Po serii średnio przyjętych projektów wszedł wreszcie na wyższy poziom, jakiego wręcz trzeba wymagać od rapera o tak silnym lirycznym potencjale. Jest to już w sumie reguła, że gdy Apollo Brown bierze się za stworzenie projektu z konkretnym raperem, ten wznosi się na wyżyny swoich umiejętności. Mieliśmy znakomite Trophies z innym weteranem z przeciwnego wybrzeża, O.C., było niezwykle udane Dice Game z krajanem Guilty Simpsonem, a teraz dostaliśmy Blasphemy z odrodzonym Ras Kassem. Mówcie co chcecie, Apollo robi swoje i robi to naprawdę dobrze.

Plusów jest wiele. Jak już wcześniej zostało wspomniane, produkcja Apollo Browna trzyma wysoki poziom, do którego słuchacze zdołali się przyzwyczaić. Potrafi sieknąć kawałek oparty na przetyranym samplu, a mimo to brzmi on świeżo („Please Don’t Let Me” i „Roses”). Nawijki Ras Kassa słucha się najlepiej, gdy chwali się swoją erudycją („How to Kill God”), czy rzuca wersy pełne rad, przestróg i kąśliwych uwag („Animal Sacrifice”, „48 Laws Pt. 1” i „Humble Pi”). Nudzi natomiast, gdy opowiada o skomplikowanych relacjach z kobietami („Too Much of a Good Thing”). Pozostając przy wadach, trzeba dodać do nich dosyć denerwujący sampel z utworu „Strawberry” przypominający pijacką czkawkę.

Ras KassApollo Brown za swoje wydawnictwo nie zostaną spaleni na stosie. Blasphemy to ścisła rapowa czołówka tego roku. To pewne, że znajdą się malkontenci, którzy i tak zarzucą wtórność Apollo, wysuwając argument jechania na tym samym patencie od kilku lat (#9THWONDER), inni z kolei stwierdzą, że Razzy nie nawija jak za czasów Soul on Ice. Będzie to jednak głęboka przesada i jawne bluźnierstwo.

Komentarze

komentarzy