Recenzja: Big K.R.I.T. Cadillactica

Data: 20 listopada 2014 Autor: Komentarzy:

Cadillactica_STANDARD

Big K.R.I.T.

Cadillactica (2014)

Def Jam / Cinematic Music Group

 

Niewielu zdaje sobie sprawę, że Big K.R.I.T. pojawił się w środowisku hiphopowym już prawie dekadę temu. Jego droga, której celem było dołączenie do panteonu południowych gwiazd rapu, trwała więc zdecydowanie dłużej, niż mogło się wydawać. Dopiero wydany w 2010 roku mixtape K.R.I.T. Wuz Here zyskał szerszą popularność i spotkał się z bardzo ciepłym przyjęciem ze strony słuchaczy i krytyków. Seria kolejnych pozytywnie odebranych nielegali utorowała Justinowi Scottowi drogę do wydania pierwszego legalnego wydawnictwa Live From the Underground w 2012 roku. Mimo że była to solidna pozycja, album nie do końca zachwycił fanów. Zadaniem drugiego krążka było przekonanie niedowiarków i kwękaczy do tego, że na południu panuje jeden król — Big K.R.I.T..

Drugie solo rapera z Mississippi z założenia ma być albumem o lekkim zabarwieniu konceptualnym. Cadillactica to fikcyjna planeta, która jest odzwierciedleniem jego świadomości umysłowej przepełnionej pasją, niepokojem i egzystencjalnymi rozterkami. Muzycznie dostajemy cały przekrój brzmień, z jakimi mogą kojarzyć się południowe rejony Stanów Zjednoczonych, wraz z dodatkowymi elementami, które z tą krainą geograficzną nie są tak jednoznacznie utożsamianie. Otrzymujemy takie kawałki, jak potężny basowy rarytas z kategorii trunk music o tytule „My Sub Pt. 3 (Big Bang)”, będący kwintesencją stylu dirty south „King of the South” czy mizoginistyczny „Mind Control”, gdzie gospodarza wspiera Wiz Khalifa i legenda Bay Area, E-40. Poza tym, Big K.R.I.T. oferuje nam bardziej tradycyjnie soulowe „Soul Food” z Raphaelem Saadiqiem, nowocześnie brzmiące R&B w postaci utworu „Pay Attention” ze wsparciem Rico Love’a oraz świetne i niepokojące zarazem „Saturdays = Celebration”. Ostatnia z wymienionych kompozycji rozwija się z każdą mijającą sekundą, przechodząc od klawiszy fortepianu, przez oszczędny bas, a osiągając apogeum wraz z refrenem, gdy wchodzi przejmujący, szorstki wokal Jamiego N Commonsa okraszony potężnymi bębnami — mocna rzecz!

Albumu słucha się bardzo dobrze, jednakże w pewnym momencie ma się wrażenie, że gospodarz spuścił trochę z tonu i zaczyna lekko nudzić. Devin the Dude miał już lepsze refreny niż ten w „Mo Better Cool”, a K.R.I.T. niepotrzebnie bierze się za śpiew w „Third Eye”. Silnym akcentem na zakończenie krązka jest kawałek „Lost Generation”, gdzie Lupe Fiasco rzuca wersy pełne złości na ludzi zawładniętych przez wszechobecny materializm, a przy tym zgarnia zaszczytny tytuł najlepszego gościa na Cadillactice. Jeśli zaś chodzi o technikę i poziom nawijki, to wiadomo, elementy te są na najwyższym poziomie  — K.R.I.T. zwalnia, przyspiesza, podśpiewuje, rzuca świetnymi linijkami i robi milion innych rzeczy, których trzeba po prostu posłuchać. W wersji deluxe dostajemy dodatkowo dwa utwory, które były znane długo przed premierą, czyli „Mt Olympus (Reprise)” oraz „Lac Lac” z gościnną zwrotką A$AP Ferga. To pozycje na tyle solidne, że przyjemnie mieć je na oficjalnie wydanym krążku.

Pojawiające się z różnych stron opinie, że 2014 to najgorszy rok w historii rapu są mocno przesadzone. Październik i listopad zdecydowanie zadały kłam temu pochopnemu stwierdzeniu, gdyż na półkach pojawiły się wyśmienite pozycje od Apollo BrownaRas Kassa, DJ’a Quika, Black Milka, Run the Jewels czy Logica. Big K.R.I.T. wysmażył świetny, doprawiony charakterystycznymi południowymi akcentami, album. Cadillactica to projekt, do którego będzie się wracać długo po premierze. Nie jest to może album bezbłędny, aczkolwiek nie zdziwiłbym się, gdyby przy ponownym przesłuchaniu, za kilka miesięcy, uderzył z membran, z podwójną siłą. Król jest jeden, a stolica południowego rapu mieści się obecnie w Meridan, Mississippi.

Komentarze

komentarzy