Recenzja: Ryan Hemsworth Alone for the First Time

Data: 21 listopada 2014 Autor: Komentarzy:

Ryan Hemsworth

Alone for the First Time (2014)

Last Gang Records Inc.

Na szczęście dla wszystkich miłośników muzyki, Kanada ma do zaoferowania więcej niż Justin Bieber lub Avril Lavigne. Szansę dotarcia do przesiąkniętych plastikiem umysłów młodzieży ma Ryan Hemsworth. Jest to nazwisko już powszechnie znane fanom przyjemnej elektroniki, jednak niekoniecznie szerszej publiczności. W zeszłym roku artysta wydał swój drugi album GuiltTrips, który został bardzo dobrze przyjęty. W czerwcu ukazał się teledysk do utworu „One for Me”. Swojego głosu użyczyła w nim Tinashe. Klip ukazuje drugą stronę życia producenta, który podczas trasy spędza więcej czasu sam w hotelu, niż występując. Tytuł nowego wydawnictwa to Alone for the First Time.

Album otwiera instrumentalny „Hurt Me”, który jest dobrym wprowadzeniem w klimat całego mini-albumu. Nadaje nieco leniwy, melancholijny ton — coś, co będzie obecne przez wszystkich siedem utworów. Delikatne elektroniczne bity, w połączeniu z perkusją, a do tego wokal, który niekoniecznie jest na pierwszym planie. Nadaje to płycie stonowany rytm, w zasadzie zachęcając do siedzenia w fotelu z kocem i kubkiem gorącej herbaty. Przełamaniem po kolejnym leniwym utworze „Walk Me Home” jest „Snow in Newark”. Nieco mocniejsza perkusja, klawisze oraz wokal Dawn Golden i można pomyśleć, że tempo płyty nieco przyspieszy. Jednak Ryan serwuje nam instrumentalny „Blemish”, a następnie „Too Long Here” z niestety nieco denerwującym głosem Alexa G. Tempo nie zwiększyło się ani trochę. Pozostajemy więc już do końca w leniwym nastroju, co z nawiązką wynagradza Katomi, która dodała naprawdę ciekawe ścieżki wokalne do „Surrounded”. Jest to zdecydowanie najjaśniejszy punkt z całego LP. Zamykający go utwór „By Myself” doskonale podsumowuje zawarte na nim kompozycje oraz tytuł wydawnictwa.

Nie ma wątpliwości, że Ryan Hemsworth poprzez produkcję takiego albumu potwierdził swój własny styl. Jego muzyka w połączeniu z wokalem zaproszonych do współpracy artystów nabiera nowego kształtu. Może nie jest przebojowa i raczej nie usłyszymy jej w komercyjnych rozgłośniach radiowych, jednak nie taki jest jej cel. Jest to solidny album, idealny na najbliższe zimowe wieczory. Jedynym zastrzeżeniem może być jego długość. Po wysłuchaniu siedmiu utworów czuje się niedosyt — pół godziny to jednak zbyt krótki czas. Myślę, że można było pokusić się o kilka dodatkowych muzycznych historii. Mimo to, dla tych, którzy cenią twórczość artysty, będzie to potwierdzenie jego umiejętności. Natomiast ci, którzy nie mieli do tej pory pojęcia o jego istnieniu, mogą spokojnie rozpocząć poznawanie właśnie od Alone for the First Time. Zamiast kolejny weekend spędzać w tym samym klubie, może lepiej będzie oderwać się i wysłuchać czegoś spokojniejszego?

Komentarze

komentarzy