Recenzja: Estelle True Romance

Data: 24 lutego 2015 Autor: Komentarzy:

Estelle

True Romance (2015)

RCA

W ciągu dziesięciu lat Estelle trzy razy zmieniała wytwórnię fonograficzną. Decyzja o stworzeniu własnej wydaje się więc zrozumiała. New London Records miało dać artystce możliwość samodzielnego decydowania o najważniejszych dla niej kwestiach. Zmiany nastąpiły również w życiu prywatnym artystki. Napisane po zakończeniu czteroletniego związku kompozycje, ukazują nowe podejście do popularnych od zawsze albumów po rozstaniu — przepełnionych goryczą i bólem. Estelle od czasu zdobycia Grammy za „American Boy” próbowała powtórzyć sukces kolaboracji z Kanye Westem. Wszyscy wiemy, że nie do końca się to udało. Być może True Romance będzie momentem przełomowym. Być może oddalenie się od ludzi, którzy niekoniecznie pomogli we właściwym pokierowaniu karierą, okaże się dobrą decyzją.

Nie ukrywam, że byłam delikatnie zawiedziona wyborem pierwszego singla. „Conqueror” z założenia miało być tym, czym „Pretty Hurts” dla Beyonce — pewnego rodzaju hymnem. Porównanie wypada jednak na niekorzyść Estelle. Linijka „I’d rather stand tall/Than Live on my knees” chyba jednak nie bardzo przekonała zarówno fanów, jak i krytyków. Album zawiera jednak kilka perełek. „Something Good/Devotion (Passion Interlude)” to sześciominutowy utwór, którego – co ciekawe – najbardziej charakterystycznym elementem jest typowo house’owy temat fortepianowy. Jak wskazuje nazwa płyty, nie mogła ona zaistnieć bez pasji. Tę pasję słyszymy w utworach „Time Share” i „Make Her Say (Beat It Up)” – zupełnie różnych muzycznie, jednak połączonych tematyką.

Na True Romance Estelle znacznie swobodniej niż dotychczas odkrywa pewne intymne elementy ze swojego życia. Nie ogranicza się również do jednego konkretnego rodzaju muzycznego. Znajdziemy tu ballady („Conqueror”, „All That Matters”), wspomniany wcześniej houseowy „Something Good/Devotion (Passion Interlude)”, „She Will Love” w klimacie reggae, a także inne piosenki w bardziej typowej dla niej stylistyce.

Tytuł albumu w kontekście wydarzeń, które miały wpływ na powstawanie tej płyty brzmi nieco ironicznie. Przypuszczam, że takie było założenie. Najlepszym jej podsumowaniem jest końcowy utwór na liście — „All That Matters”. Jest to ze strony artystki ostateczna akceptacja wszystkich jej doświadczeń miłosnych. Możliwe, że również doświadczeń związanych z karierą. True Romance jest bowiem pomnikiem samodzielności Estelle — nie żaden mężczyzna, a także nie wytwórnia, która zawsze stała nieco ponad nią, lecz ona sama tworzy tu swoją artystyczną tożsamość. Rezygnacja z jakichkolwiek kolaboracji na płycie wydaje się być tego podkreśleniem.

Komentarze

komentarzy