Recenzja: Benjamin Clementine At Least for Now

Data: 8 marca 2015 Autor: Komentarzy:

Benjamin Clementine

At Least for Now (2015)

Barclay

Benjamin Clementine stworzył zupełnie nową jakość. Zredefiniował brzmienie młodego pokolenia, nie tylko inwestując swoją wrażliwość w żywe instrumentarium, ale opierając na nim podwaliny całego swojego dotychczasowego repertuaru. Na debiutanckim krążku At Least for Now zainspirowany duchami przeszłości i potrzebami dnia dzisiejszego otworzył kolejny rozdział w dziejach XXI-wiecznej post-muzyki, na wzór tych, które w minionych latach owocnie zainicjowali już Antony Hegarty i James Blake.

Clementine dzieli z nimi zresztą znaczną część swojej muzycznej powierzchowności, od umiłowania kameralnych form muzycznych poczynając, a na ekspresyjnym stylu wokalnym kończąc. Jednak już charakterystyczne frazowanie zharmonizowane z pokrętną narracją melodyczną zdaje się być wyrwane z zupełnie innego uniwersum — być może tego samego, z którego pół wieku temu cząstkę nieśmiertelności wyrwał Van Dyke Parks na swoim barokowym arcydziele z 1968 roku. U Clementine’a jednak orkiestracja jest dalece bardziej stonowana — jego kameralne aranżacje z jednej strony sięgają do przebogatych europejskich tradycji piosenki scenicznej, z drugiej zaś wyraz swój zawdzięczają najpewniej francuskim impresionistom z Satie’m, Ravelem i Debussym na czele (Parks zaś swoich inspiracji szukał po drugiej stronie Atlantyku). Należy jednak zastrzec, że Clementine być może brzmiałby zupełnie inaczej, gdyby nie takie nazwiska amerykańskiego soulu jak Nina Simone czy Screamin’ Jay Hawkins i pod tym względem trudno określić go jako twórcę stricte europejskiego (podział taki zresztą byłby przecież zupełnie nieadekwatny).

A gdy odłożymy na bok pieczołowite aranże i fascynującą wokalistykę, Brytyjczyk jest przy tym jak najbardziej błyskotliwy i, zgodnie z maksymą, że cały fun jest ukryty w didaskaliach, wplata w tematykę emocjonalnego zagubienia i nieskończonej samotności rozkoszne wtrącenia i dopowiedzenia, które, realizując z kolei inne powiedzenie, że diabeł tkwi w szczegółach, mimochodem ratują Clementine’a-poetę przed nadmiarem patosu. Jak chociażby w obdarzonym być może najbardziej chwytliwym refrenem na płycie, ale jednak przesyconym melancholią „London”, które zostaje szczęśliwie przełamane następującymi słowy: „Sparkling, sparkling water mixed with peaches and ram / Honestly I don’t drink but if I did this would be my favourite punch”. Refreny (rozumiane tu bardziej jako rytmicznie powtarzane frazy niż jako klasyczne wielowersowe hooki) to zresztą mocna strona Clementine’a, bo obok „London, London, London is calling you!” już od pierwszego odsłuchu słuchacz zostaje skutecznie pochwycony przez „The decision was mine! The decision was mine!” z poszarpanego strukturalnie „Adios” czy „Hum-hum hum-hum-hum-hum!” stanowiące podstawę umiarkowanie upbeatowego, ale mocno zakorzenionego w szeroko rozumiannej plemienności „Nemesis”.

Komentarze

komentarzy