Recenzja: Action Bronson Mr. Wonderful

Data: 12 kwietnia 2015 Autor: Komentarzy:

action-bronson-mr-wonderful-artwork

Action Bronson

Mr. Wonderful (2015)

Atlantic/Vice Recors

Wspaniały, kapitalny, doskonały, idealny, pełen podziwu, olśniewający, świetny, wybitny, perfekcyjny — każde z wymienionych określeń można językowo zamienić z „wonderful”, a tytuł płyty będzie zawsze oznaczał praktycznie to samo. Nazwa albumu to zresztą ani nie przypadek, ani przesadna pyszałkowatość rapera z Nowego Jorku. To zwrot, którego używała matka Bronsona, kiedy wołała go za młodu, a śledząc poczynania grubego wariata, można tylko utwierdzić się w przekonaniu, że miała sporo racji.

Action jest specyficzny pod każdym względem. Wygląd, rap, koncerty (kto rzuca w publiczność telewizorem lub konsolą?), zwariowany wizerunek, bezkompromisowość — to cechy, które wyróżniają go na tle sceny. Przeszedł długą drogę do legalnego długogrającego wydawnictwa, ale z pewnością zrobił to świadomie. Wspinał się (chociaż w jego przypadku trudno to sobie wyobrazić) po kolejnych szczeblach rap gry, pokazywał swoje umiejętności, a przede wszystkim zdobywał szacunek wśród największych graczy, prezentując kolejne produkcje czy zaliczając przeróżne gościnne występy.

Słychać to na tej płycie. Bronsolini nie boi się eskperymentować, śpiewać (nawet Billy’ego Joela), nucić, zawodzić, a przede wszystkim fantastycznie rapować. Robi to w swoim stylu, z wielkim luzem i porusza się po podkładach, jak chce. Czuć, że ten album jest jego i wszystko brzmi dokładnie tak, jak wymarzył sobie Bam Bam. Miota celnymi, prześmiewczymi wersami przede wszystkim na temat jedzenia, kobiet, samochodów, znanych postaci, palenia jointów, a wszystko podszyte jest ogromną porcją humoru. W numerze „The Rising” rozmawia z matką na temat jej operowanego kolana (wspominał o tym na płycie u Statika), by po chwili uderzyć „My mother said I better win or else she’ll fuck me up/Ma we did it, I love you, you lucky slut„. Rewelacja. Porównuje ekstrakt z haszyszu do cholesterolu, dziewczyny do Eddiego Griffina lub wyznaje miłość kalafiorom. To płyta przepełniona takimi właśnie linijkami. Bronson jest ponad wszystkim, ma gdzieś jakąkolwiek poprawność. Choć wszystkie kawałki na albumie są bardzo dobre, na szczególne wyróżnienie zasługują „Baby Blue” z gościnnym udziałem Chance’a the Rappera, „Easy Rider” (świetnie opowiedziana historia motocyklisty), introwertyczne „A Light in the Addict” czy „Terry”. Koniecznie trzeba wspomnieć o świetnym instrumentalnym „The Passage” nagranym podczas koncertu w czeskiej Pradze.

Warstwa muzyczna jest genialna. Bity są żywe, Bronson pozostawia im dużo przestrzeni, by wybrzmiały z nich poszczególne intstrumenty. Świetną robotę wykonał tu duet Party Supplies — czuć ogromną chemię między nimi a raperem — i życzyłbym, żeby nagrali długogrający pełnoprawny album (razem współpracowali już przy okazji obu części Blue Chips). Poza tym mamy tu Statika, Alchemista, Oh-no, 88 Keys jak również Marka Ronsona, który wyprodukował genialny bit do „Baby Blue” z niesamowitym saksofonem na końcu. Bronson odnajduje się na każdym bicie, jednak najlepiej brzmi na tych, w których maczali Ronson czy Party Supplies — wtedy kombinacja jest idealna. Mimo wszystko płyta ma tylko 13 numerów, ale nie wszystkie posiadają choćby dwie pełne zwrotki… Próżno tutaj szukać również jakiegoś konceptu — to zbiór historii, anegdotek i wszystkiego po trochu.

Goście to w większości starzy znajomi głównego bohatera. Mayhem Lauren oldskulowiec z NY, Big Body Bes (kuzyn rapera, a jednocześnie współtowarzysz w kulinarnych podróżach), Chance the Rapper oraz Chauncy Sherod i Blac Atlass w refrenach. Każdy wnosi tutaj coś innego, ale żaden — poza wspomnianym Atlassem, który zrobił genialny refren — nie wyróżnia się niczym nadzwyczajnym.

Bam Bam porównał ten album do seksu, w którym jest mnóstwo emocji, zwrotów akcji i uniesień. Ciężko nie zgodzić się z tą teorią. Płyty słucha się od deski do deski, potem wciska się repeat i leci od nowa. Warto wspomnieć o klipach promujących wydawnictwo, bo tutaj dostajemy także majstersztyki w wersji wideo. „Easy Rider”, gdzie Bronsolini przemierza świat na motorze na kwasie, szukając mitycznej gitary Curta Chambersa, na której gra fantastyczną solówkę. „Actin Crazy” to wariacja stworzona na greenboxie zamieniająca Bronsona w superbohaterów, a „Baby Blue” to klasyczna przeróbka filmu z Eddiem MurphymKsiążę w Nowym Jorku. Jakby tego było mało Action cały czas publikuje filmiki z serii Fuck, that’s delicous, gdzie przemierza świat przy okazji koncertów i kosztuje (niekiedy również sam przygotowując) dania różnej maści.

Arian Arslani (bo tak faktycznie nazywa się Bronson) może wygodnie rozsiąść się na loży najlepszych współczesnych raperów. Oczywistym jest, że można go już spokojnie stawiać obok najlepszych rapowych grubasów z Biggiem na czele. Pod względem umiejętności kulinarnych przebija pewnie wszystkich razem wziętych. Smacznego! Właśnie podano muzyczną potrawę z gwiazdką Michelin.

Komentarze

komentarzy