Recenzja: A$AP Rocky At.Long.Last.A$AP

Data: 17 czerwca 2015 Autor: Komentarzy:

AsapRocky_LongLast_Cov-1024x1024

A$AP Rocky

At.Long.Last.A$AP (2015)

A$AP Worldwide / Polo Grounds / RCA

A$AP Rocky to obiekt kultu i hejtu zarazem. Przyglądając się jego sylwetce nie można mieć wątpliwości, czemu się tak dzieje. Gość ma białe laski w klipach, siedzi na tronie, popija napoje o skomplikowanym składzie chemicznym, włosy układa dłużej niż Danny Brown, wozi się w drogich markowych ciuchach, ogólnie wygląda jakby od zawsze bujał się po pokazach mody, a nie wychowywał na nowojorskim Harlemie — niektórym to zaimponuje, inni będą kręcić nosem, mówiąc, że to nie jest hip hop. Pozostawiając te wszystkie pozamuzyczne dywagacje, Rakim Meyers ma tak wyrazistą i niepodrabialną stylówę (SpaceGhostPurrp, co ty na to?), że ciężko przejść obok niego obojętnie.

Pierwszym zaskoczeniem była sama data wydania albumu — dostaliśmy go tydzień wcześniej niż było to planowane. Rocky i wytwórnia wyciągnęli wnioski z wycieku, jaki miał miejsce przy okazji legalnego debiutu, Long.Live.A$AP, gdy cały materiał pojawił się w internecie miesiąc przed sklepową premierą. Takie rzeczy miały miejsce w pierwszej dekadzie XXI wieku, ale nie teraz. Podkreśla to więc jedynie hype albumu. Drugie wydawnictwo nowojorczyka również cieszyło się dużym zainteresowaniem przed swoją premierą. W styczniu wyszedł singiel „Lord Pretty Flacko Jodye 2”, utwór prosty, ale z chwytliwym repetytywnym refrenem, następnie dostaliśmy nieoficjalne koncertowe „M’s”, a na koniec nagrany trochę pod publikę, acz przyjemny w odsłuchu kawałek „Everyday”, gdzie Miguel na zmianę z samplowanym Rodem Stewartem śpiewają linijki z kultowego utworu „In a Broken Dream”.

Drugim zaskoczeniem była obecność Joego Foxa — gościa znikąd, który udziela się na 1/3 At.Long.Last.A$AP. Kilka miesięcy temu ten londyński uliczny grajek nie wiedział nawet, kim jest Rocky, a teraz buja się z ekipą A$AP Mob — trochę american dream. Jak na mainstreamowego debiutanta robi swoje i jego wokalne wstawki są przyjemnym dodatkiem do nawijki Meyersa. A trzecie zaskoczenie? Chyba jednak samo brzmienie albumu. Ci którzy spodziewali się energetycznych bangerów w stylu „Wild for the Night” będą zawiedzeni. Z A.L.L.A jest trochę jak z tegorocznym To Pimp a Butterfly. Kendrick też stronił od chwytliwych hooków i sprawdzonych radiowych patentów, a mimo to dostaliśmy album znakomity. Rocky nagrał album nie tylko dla swoich starych fanów, a dla różnych środowisk, nie tylko tych rapowych. Takie zamierzenie jest zazwyczaj z kategorii hit or miss, ale uczciwie trzeba powiedzieć, że Pretty Flacko wyszedł tutaj obroną ręką i nie ma obciachu, ani eklektycznej papki.

Muzykę dostarczyło szerokie grono producenckie, m.in.: Danger Mouse, Mark Ronson, Hector Delgado, BonesThelonious Monk czy Kanye West. Na At.Long.Last.A$AP jest dużo gitar, które przypadną do gustu fanom rocka z lat 60. i 70. ubiegłego stulecia. Pomimo takich oldskulowych elementów w powietrzu cały czas unosi się styl Rocky’ego, a spowolnione kodeinowe wokalizy przewijają się przez całą długość wydawnictwa. Fani południowego rapu znajdą coś dla siebie podczas słuchania „Wavybone”, gdzie gospodarz dzieli się majkiem z legendami Południa — Juicy J’ayem, Bunem B oraz nawijającym z zaświatów original hustlerem, Pimpem C — natomiast wieloletni słuchacze będą nucili bezpruderyjny refren z „Electric Body”, gdzie pojawia się SchoolBoy Q. Jeśli miałbym na A.L.L.A znaleźć już jakiś rasowy banger to byłaby to studyjna wersja „M’s”, w której Lil Wayne potwierdza, że jak chce, to cały czas potrafi kozacko nawinąć, co jest bardzo dobrą informacją z perspektywy oczekiwania na debiut Weezy’ego w Roc Nation. Zawodzi na pewno Kanye West, może nie produkcyjnie, ale tekstowo już na pewno — czy kogoś jeszcze obchodzi libido Yeezy’ego?  Pozostali goście, tacy jak Bones, M.I.A. czy Mos Def, potwierdzają zasadność swojej obecności na At.Long.Last.A$AP. Szkoda tylko, że nie ma tutaj Rakima będącego jedną z inspiracji tego albumu. Mogłaby być to prawdziwa petarda, łącząca nowojorski newschool z klasycznym brzmieniem boom bapu.

Tekstowo dostajemy to, czego mogliśmy się spodziewać. Pierwszą rzeczą są narkotyki — aż 16 z 18 utworów zawiera odniesienia do różnych substancji odurzających. Drugą — reminiscencje z przeszłości. Trzecią — rozkminy na temat obecnej sytuacji A$AP Mob, na którą ogromny wpływ miała śmierć A$AP’a Yamsa, drugiego (pierwszego?) obok Danger Mouse’a, producenta wykonawczego A.L.L.A. Choć jest lepiej niż na debiucie, to wyżyn tekstowych na pewno się tutaj nie uraczymy. Jednak wyczucie rytmu i styl nawijania A$AP’a Rocky’ego jest naprawdę siłą tego wydawnictwa, a na dodatek Meyers ujawnia swoje śpiewane oblicze (w narkotycznej balladzie „L$D”).

At.Long.Last.A$AP to udany powrót. Wszystko brzmi tutaj profesjonalnie i nie ma elementów przypadkowości. Rocky zrobił taki album, na jaki miał ochotę — odpowiadający jego obecnej sytuacji życiowej. Mimo że utrata A$AP’a Yamsa, głównego dowódcy A$AP’owej armii, jest wielką szkodą dla całej nowojorskiej sceny, to o przyszłość kolektywu możemy być spokojni. Ten album to potwierdza. Rocky jest coraz bardziej świadomym artystą, który podąża swoją ścieżką muzyczną. Ewoluuje, ale nie traci swojego stylu. At.Long.Last.A$AP to coś więcej niż kolejna nagrywka kodeinowego ćpuna.

Komentarze

komentarzy