Wydarzenia

Recenzja: Zbigniew Wodecki with Mitch & Mitch 1976: A Space Odyssey

Data: 28 czerwca 2015 Autor: Komentarzy:

Zbigniew Wodecki with Mitch & Mitch

1976: A Space Odyssey (2015)

Lado ABC

Kto był na pamiętnym koncercie Zbigniewa Wodeckiego i grupy Mitch & Mitch na Off Festivalu w 2013 roku, temu być może w oku zakręci się łezka. Zrealizowany w Studiu im. Witolda Lutosławskiego w Polskim Radiu w tym samym składzie i podobnym czasie koncert niesie dokładnie ten sam ładunek emocjonalny, ale o ile powodzenie Offowego występu można było przypisać wówczas urokowi chwili, w przypadku radiowego nagrania należy z pełną odpowiedzialnością stwierdzić, że rzecz jest naprawdę mocna. I to nie mocą dnia wczorajszego, a mocą coraz rzadziej niestety uchwytnej fuzji czarownego wczoraj i kompetentnego dziś.

Ale po kolei — czarownym wczoraj jest w tym zestawie zapomniany na blisko cztery dekady debiutancki solowy krążek Zbigniewa Wodeckiego inspirowany brazylijską bossa novą proweniencji amerykańskiej w osobie m.in. Burta Bacharacha, który zdołał przeniknąć przez żelazną kurtynę i zaszczepić kolor i melodię w sercu choćby wspomnianego Wodeckiego. Kompetentne dziś to z kolei grupa Mitch & Mitch, która nie tylko album odkryła na nowo, ale namówiła piosenkarza, by skompletowawszy orkiestrę z prawdziwego zdarzenia, płytę odkurzyć publicznie. Ale tego trzeba mieć i pomysł, i warsztat. Na szczęście to wszystko na krążku, malowniczo zatytułowanym 1976: A Space Odyssey, bez wątpienia się pojawia.

Nie chodzi bowiem o to, by rzecz tylko odtworzyć, odegrać poprawnie. Za nową odsłoną, by chwyciła, musi stać życie i pewna wirtuozeria. A kto tylko miał okazję zapoznać się z klasycznym debiutem Wodeckiego, wie, że zadanie było niełatwe. Oryginalny album był perfekcyjnym zbiorem pięknie, choć kameralnie zaaranżowanych, płynących melodii — niezobowiązująco przebojowych, nigdy nachalnych. „Kompozytorzy to byli melodycy, którzy świetnie harmonizowali. Jest tam parę moich kompozycji, które sam sobie wykombinowałem i sam zaaranżowałem. (…) I okazuje się, że te melodyjki po czterdziestu latach dalej są ładne. Mało tego — nie tylko są ładne, ale trzeba mieć umiejętności, żeby je dobrze wykonać” — mówił o płycie sam Wodecki. W oryginalnych sesjach nagraniowych udział wzięli zresztą: Orkiestra pod dyrekcją Wojciecha Trzcińskiego i Alibabki — poprzeczka została więc postawiona wysoko, zwłaszcza biorąc pod uwagę klimat i charakter nagrań z lat 70.

Ale okazuje się, że teraz też można. Kunsztowny debiut Wodeckiego cztery dekady po jego premierze wyniósł na piedestał ten sam rodzaj artystycznej synergii, która pozwoliła mu na zrealizowanie rewolucyjnej bigbandowej wersji „Jest jedna rzecz”. Dobrym pomysłem była zmiana kontekstu przez nadanie materiałowi charakteru projektu scenicznego. Gdyby muzycy zdecydowali się zaciągnąć Wodeckiego do studia, prawdopodobnie efekt, choćby ciekawy, byłby skazany na bezpośrednie porównanie z pierwowzorem, co zwłaszcza pod względem produkcyjnym, mogłoby ukazać, że nowe wersje nie mają siły oryginałów. Tymczasem na scenie można muzykę nie tylko wykonać o wiele swobodniej, ale można się nią kreatywnie pobawić — wykorzystać wiedzę i doświadczenie bez nadęcia, by wtrącić nieco Brazylii do inspiracji amerykańskim jednak Burtem Bacharachem. I tak oto „Dziewczyna z konwaliami” stała się przestrzenią do powstania tropikalnego dźwiękowego kabaretu zbudowanego na kanwie kompozycji wspomnianego już Trzcińskiego, a jako zwieńczenie całości Mitch & Mitch zaproponowali być może jeden z najbardziej uzależniających refrenów w historii muzyki popularnej — „Minha teimosia, uma arma pra te conquistar” tuza MPB, Jorge Bena, którego z powodów geopolitycznych w latach 70. Wodecki znać nie mógł, a mimo wszystko jego własne kompozycje „Panny mego dziadka” czy „Partyjka” zbliżyły się do utworu Bena tak bardzo, jak tylko było to w PRL-u wykonalne. To samo w sobie świadczy o sile — i oryginalnej płyty Wodeckiego z 1976 roku, i zrealizowanej w 2014 na jej podstawie Odysei kosmicznej. Tak naprawdę nie ma w programie koncertu kompozycji, która nie zostałaby odrobinę zdekonstruowana i jednocześnie na potrzeby projektu nadbudowana. Znamiennie, rzecz rozpoczyna utwór „Opowiadaj mi tak”, którego nie znajdziemy na oryginalnej płycie, ale niewątpliwie wpisuje się doskonale w projekt i brzmieniowo, i ideowo — to zresztą koronny przykład na siłę aranżacji Mitch & Mitch — nowa wersja jest bowiem znacznie bardziej ekspresyjna i energiczna, najpewniej za sprawą monumentalnej, w pełni organicznej aranżacji.

Nie ma jednak żadnego sensu porównywać oryginalnych nagrań z ich koncertowymi odpowiednikami — zmienia się to bowiem i skala, i charakter, i ładunek emocjonalny. Wciąż jest niezobowiązująco i blisko słuchacza, z tym że 1976: A Space Odyssey jest na pewno pełniejsze repertuarowo i od pierwszego do ostatniego numeru podszyte pozytywną energią, która przed 40 laty była jednak nieco bardziej zawoalowana. I co najlepsze obie płyty na tej subtelnej zmianie jak najbardziej korzystają. Potwierdza się też wszystko to, o czym Zbigniew Wodecki opowiadał nam przed miesiącem — on sam w istocie jest świetnym instrumentalistą, a Mitch & Mitch faktycznie potrafią bawić się muzyką. A wszystkich tych, którzy w głowie wciąż mają tylko „Pszczółkę Maję”, spacyfikuje sama muzyka.

Komentarze

komentarzy