Recenzja: Tamia Love Life

Data: 5 lipca 2015 Autor: Komentarzy:

love-life

Tamia

Love Life (2015)

Def Jam

Na rynku muzycznym pozostało niewiele piosenkarek wiernych tradycyjnemu brzmieniu R&B. Jedną z nich jest niewątpliwie Tamia. Kanadyjka od momentu swojego debiutu w 1998 roku nie uległa modzie i ewentualnym naciskom ze strony wytwórni fonograficznych. Teraz wokalistka powraca z nowym materiałem, na którym prezentuje swoje zmysłowe oblicze i miłość do życia.

Ostatni album ukazał się zaledwie trzy lata temu. To niewiele, patrząc na przedostatnią płytę Between Friends wydaną w 2006 roku. Jednak w przypadku Tamii nawet najkrótsze oczekiwanie na nową muzykę zdaje się być wiecznością. W przeciwieństwie do Beautiful Surprise, który został wydany niezależnie, projekt Love Life wspomógł label należący do grupy Antonio „LA” Reida — Def Jam. Jak stwierdziła sama artystka, rozchodziło się przede wszystkim o sprawy finansowe, bo wypuszczając krążek samodzielnie, inwestuje się w niego pieniądze, ale nie dostaje gwarancji zysku. W większej wytwórni budżet jest (w miarę) bezpieczny, a na domiar szczęścia Tamii udało się wynegocjować swobodę tworzenia, co słychać na najnowszym albumie.

Być może część słuchaczy zapomniała już, jak szeroką skalę głosu posiada wykonawczyni hitu „So Into You”. Jednak zdaje się, że na najnowszym krążku sama Tamia nie chciała o tym przypominać. W utworach nie słychać dominacji wysokich tonów nad niskimi. Wręcz przeciwnie — przeważa zestaw uwodzicielskich i sensualnych dźwięków okraszonych dusznym i ponętnym wokalem. Wersy utworów w większości nie są nawet wyśpiewane, tylko wyszeptane, jak w „Stuck With Me” czy „Lipstick”. Podkreśla to charakter wydawnictwa, w którym miłość przeplata się z pożądaniem. Pani Hill znalazła przepis na podtrzymanie ognia w dojrzałym związku ˜˜— trzeba zrozumieć, że mężczyźni postrzegają miłość wzrokowo, a kobiety oczekują czułych słów. Artystka porusza drażliwe, a zarazem cenne kwestie dotyczące relacji damsko-męskich. Bawi się słowem i swobodnie, z dużą dozą dystansu, podchodzi do tematu miłości i związku. Na uwagę zasługuje lekki jam stworzony przez The Dreama — „Like You Do”, który powinien zostać wylansowany na hit nadchodzącego lata. Jednak prawdziwą magię albumu ukazuje kawałek „Nowhere”, w którym galopujący bit w parze z eterycznym wokalem pokazuje niespotykaną jak dotąd odsłonę muzyczną Kanadyjki. Całość projektu zamyka cover klasyku Deniece Williams — „Black Butterfly”, który otrzymał nowe życie dzięki oryginalnemu brzmieniu i odmienionej aranżacji, a wokal Tamii wybucha, wystawiając świadectwo jej niezwykłemu talentowi.

Love Life nie jest przełomowym albumem, nie wyróżnia się niczym szczególnie odkrywczym. Pomijając kilka komercyjnych utworów (m.in. „Sandwich and a Soda”) i kilka wręcz przesłodzonych kompozycji, krążek można bez skrępowania porównać do innych wydawnictw z gatunku współczesnego R&B. Owszem, słucha się go całkiem przyjemnie, ale wyjątkowości nabiera dopiero dzięki nieprzeciętnemu głosowi Tamii oraz tekstom, które w wyniku użycia metafor i zabawy słowem, ukazują kobiecą dojrzałość i zdrowe, zdystansowane podejście do życia. Muzyka spod znaku tej artystki to połączenie aksamitnego i zalotnego wokalu i melodyjnych nut, obok którego nie powinno się przejść obojętnie.

Komentarze

komentarzy