Recenzja: Miguel Wildheart

Data: 12 lipca 2015 Autor: Komentarzy:

miguel-wildheart

Miguel

Wildheart (2015)

RCA/Sony Music Entertainment

Mijają trzy lata od ogromnego sukcesu, jaki przyniósł Miguelowi krążek Kaleidoscope Dream. Intensywny, intymny, mroczny, seksowny — taki był drugi album studyjny artysty. To właśnie wtedy nagrodzono go między innymi nagrodą Grammy. Pytania brzmiały zatem następująco — czy kolejna płyta jest w stanie dorównać hitowi z 2012 roku? Czy artysta się szybko wypali i okaże się, że nie ma do zaoferowania nic nowego? Już śpieszę z odpowiedzią…

Przede wszystkim, Pimentel, zgodnie z tym, co mówił w jednym z wywiadów w 2014 roku, poszedł mocno w stronę gitary. Słychać ją niemalże w każdym utworze (o ile nie nagrano jej we wszystkich). Brzmienie nadal jest mroczne, miejscami zamglone. Riffy są brudne i wydają się być surowe. Nic bardziej mylnego — na pewnym etapie odsłuchiwania materiału można się zorientować, że wszystko jest zaplanowane od początku do końca. Zapowiedzią całego zamieszania była EPka nwa.hollywooddreams.coffee, składająca się z trzech utworów, które koniec końców znalazły się na krążku. „NWA” nagrane wraz z Kuruptem, singiel „Coffee”, „waves” czy otwierające tracklistę „a beautiful exit”, to ważne punkty na albumie. Miguel nie gra tu już typowego R&B, ani PBR&B. I choć wspomniany promocyjny kawałek sam w sobie może nieco przypominać „Adorn”, to w kwestii ogółu materiału nie da się ukryć, że nasz sympatyczny Miguel poszedł definitywnie w stronę swoich rockowych inspiracji. Warto też zaznaczyć, że napisał każdy z utworów (gdzieniegdzie miał stosowną pomoc) — to duży plus. W tekstach otwiera się na seksualność, a cielesność stawia na piedestale. Cała ta gadanina jest seksownie pozytywna, nie agresywna. Pomimo sięgnięcia po stylistykę wzorowaną na indie, rocku, autor „How Many Drinks?” pozostał sobą.

Miguel przygotował dla nas bardzo dobrą muzykę, której można słuchać zarówno rano z ukochaną osobą, po południu na odpoczynek, czy wieczorem do snu. Jakość materiału, nad którym Pimentel pracował przez trzy lata jest na tyle wysoka, że można się pokusić o postawienie tegoż albumu wśród najlepszych, wydanych w 2015 roku (i to wcale nie za sprawą gościnnej gitary Lenny’ego Kravitza w utworze „face the sun”). Bez obsesji, spokojnie, delikatnie, partnersko — tak poruszana jest okładkowa tematyka albumu Wildheart. I chwała za to Miguelowi.

Komentarze

komentarzy