Recenzja: Leon Bridges Coming Home

Data: 16 lipca 2015 Autor: Komentarzy:

Leon Bridges

Coming Home (2015)

Columbia

Leon Bridges od samego początku był swoistym fenomenem. Pojawił się znikąd i na kilka miesięcy przed premierą debiutanckiego longplaya przy pomocy zaledwie dwóch utworów sprawił, że jego nazwisko było wielokrotnie wymieniane jako jedna z najgorętszych premier płytowych roku. I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby muzyka, którą Bridges wykonuje, nie była osadzona stylistycznie w poprzedniej epoce.

Bridgesa jednak nie można i nie należy klasyfikować jako piosenkarza retrosoulowego. Centrum jego brzmienia pozostaje południowy soul, styl, który garściami czerpie z gospel, country i bluesa i, podobnie jak ostatni z nich, przez ostatnie półwiecze udało mu się zachować swoją pierwotną formę i tożsamość. Bridges natomiast jest jednym z pierwszych piosenkarzy młodego pokolenia, którzy zaadaptowali w swej twórczości brzmienie południowego soulu w czystej postaci — bez dokonywania przekształceń, uproszczeń i uwspółcześnień. Jest w prostej linii dziedzicem muzycznej spuścizny Mavis Staples, Ala Greena czy Sama Cooke’a. Cooke zresztą wydaje się muzycznym patronem i idolem Bridgesa, który nie tylko włącza utwory jego autorstwa w swój program koncertowy, ale wyraźnie inspiruje się brzmieniem, melodyką i wrażliwością króla soulu. Rozpoczynające płytę „Coming Home” to skóra zdjęta z Cooke’a — aranżacja, produkcja, artykulacja wokalna — przez ogół detali utwór jawi się jako bezpośredni, ale jak najbardziej świadomy hołd dla legendarnego piosenkarza.

Dla wielu dzisiejszych słuchaczy to jednak inspiracje tak odległe i na tyle mgliste, że na tle zbyt wielu sterylnie wyprodukowanych, skrojonych do radia numerów, muzyka Bridgesa może jawić się jako swoiste nowatorstwo. Historia zatacza koło. Ludzie lubią wielbić przeszłe ikony, ale traktują je z dystansem. Dystans jednak skraca się wielokrotnie, gdy swoje spojrzenie na tę ikoniczną twórczość prezentują bohaterowie naszych czasów. A jeśli ci bohaterowie mają do tego nienaganną prezencję i warsztat, a przy tym ich intencje i inspiracje wydają się szczere, nie ma powodów, by odmawiać im prawa do zostania wyniesionym na piedestał.

Bridges na Coming Home z jednej strony zwraca się w stronę przeszłych mistrzów, z drugiej zaś porusza się w obrębie ducha południowego soulu — garściami chwyta magię dawno minionych dni. Przy czym trzeba uświadomić sobie, że motywem przewodnim romantycznego doo-wopu w „Lisa Sawyer” nie musi wcale być rok 1963, a chociażby 2013. Tłem dla wydarzeń subtelnego, leniwie płynącego „Shine” może być równie dobrze lato 2007 i nie ma przeciwwskazań, by countrybluesowe „Twistin’ & Groovin'” nie stało się hymnem lata 2015. Rzecz bowiem w tym, że południowy soul brzmi właśnie tak, jakby czas zatrzymał się pół wieku temu, a Leon Bridges jest najbardziej kompetentnym kontynuatorem tej tradycji przynajmniej od czasu, gdy Sharon Jones wydała pierwszy album z The Dap-Kings na początku poprzedniej dekady. To soul z krwi i kości, w pierwszorzędnym wykonaniu, niepozbawiony feelingu, prostoty i prawdziwości klasyków gatunku. Bridges musi popracować jeszcze co prawda nad wyrazistością własnego stylu, który, choć dopracowany w najdrobniejszych detalach, jako całość niewątpliwie nadal dopiero się formuje, ale świat stoi przed nim otworem. Coming Home to dobry początek.

Komentarze

komentarzy