Recenzja: Amy

Data: 25 lipca 2015 Autor: Komentarzy:

Amy (2015)

reż. Asif Kapadia

Universal Music

Nie dało się lepiej przedstawić historii życia i kariery zmarłej przed czterema laty Amy Winehouse. Dokument zrealizowany w dużej mierze z archiwalnych materiałów wideo, nierzadko nigdy wcześniej niepokazywanych, to szczery i zrównoważony portret utalentowanej piosenkarki i zagubionej dziewczyny. Ten kto choć trochę śledził przebieg kariery Winehouse i słuchał uważniej jej piosenek, wie, że jej życie osobiste i persona sceniczna były ze sobą nierozerwalnie związane — jedno wynikało z drugiego i vice versa.

Prowadzony w dużej mierze chronologicznie film rozpoczyna się sceną, gdy 14-letnia Amy brawurowo wykonuje „Happy Birthday” na urodzinach przyjaciółki. Sprawa z początku wygląda niepozornie, ale ogląd sytuacji zmienia się diametralnie, gdy tylko Amy zaczyna śpiewać. Wielki talent wokalny — tak w początkowej scenie przedstawia Winehouse Asif Kapadia. Ten punkt promieniuje na cały film na tyle, że wydaje się, że gdy Tony Bennett wymienia Amy jednym tchem obok Elli Fitzgerald i Billie Holiday dwie godziny później, wydaje się to zupełnie naturalną konsekwencją urodzinowej piosenki zarejestrowanej nieświadomie kilkanaście lat wcześniej.

To hollywoodzkie rozstrzygnięcie nie ma w sobie jednak nic z amerykańskiego splendoru (z jakim zrealizowano chociażby Sugar Mana). Kapadii przy przedstawianiu tej momentami olśniewającej, ale w gruncie rzeczy tragicznej historii, która swego czasu odbiła się przecież szerokim echem w plotkarskich magazynach dookoła globu, udało się na szczęście uniknąć tabloidowego dramatyzmu. Wypowiedzi przyjaciół, rodziny i współpracowników artystki, a także jej samej, zestawione z archiwalnymi, często prywatnymi, zakulisowymi filmami i fragmentami piosenek bez żadnego zewnętrznego komentarza ze strony Asifa Kapadii składają się na wielobarwny, kompetentny portret piosenkarki. Twórca nie cenzuruje historii, nie manipuluje obrazem Winehouse — korzystając z rozmaitych źródeł przedstawia różne punkty widzenia, konkluzje pozostawiając widzom. Nie jest to więc ani pośmiertny pomnik postawiony piosenkarce, ani szokujący dokument reality TV, ani nic pomiędzy.

Animuszu całości dodaje natomiast świadome i kreatywne zestawienie wydarzeń z życia piosenkarki z inspirowanymi nimi fragmentami piosenek i tekstów. Rzuca to nowe światło na Amy jako artystkę — w tym wypadku artystkę totalną. Niestety polskie tłumaczenia utworów Winehouse absolutnie nie oddają sprawiedliwości oryginałom — tłumacz nie tylko zatracił językowe niuanse, ale sam zatracił się w rymach częstochowskich, przepoczwarzając emocjonalne i bezpośrednie liryki Winehouse w piosenkę chodnikową.

Kapadia z kolei z powodzeniem wiąże zdarzenia z życia piosenkarki w złożony ciąg przyczynowo-skutkowy — namiętny, ale destrukcyjny związek z Blake’m Civilem jako inspiracja dla Back to Black, które z kolei stało się katalizatorem międzynarodowego sukcesu piosenkarki. Ten natomiast bezsprzecznie był jedną z przyczyn ostatecznego upadku artystki, która zresztą sama proroczo przepowiedziała w jednym z cytowanych w filmie wczesnych wywiadów, że z pewnością nie poradziłaby sobie z ciężarem sławy.

Gdy pamiętnego 23 lipca 2011 roku świat obiegła tragiczna wiadomość o nagłej śmierci piosenkarki, długo nie mogłem w to uwierzyć. W emocjonalnej końcówce filmu wszystkie uczucia tamtych dni powracają z wielką siłą — niedowierzanie miesza się ze smutkiem w straszliwej proporcji. Dominuje przerażająca myśl, że fenomenalny talent Amy wymknął się nam zupełnie niepotrzebnie, że tragedii można było uniknąć. Ale czy rzeczywiście? Amy Winehouse była przecież artystką totalną.

W kinach od 7 sierpnia.

Komentarze

komentarzy