Recenzja: Dr. Dre Compton

Data: 31 sierpnia 2015 Autor: Komentarzy:

1035x1035-dre-compton-soundtrack

Dr. Dre

Compton (2015)

Aftermath / Interscope

W ciągu szesnastu lat wielu słuchaczy całkowicie zwątpiło, że Dr. Dre kiedykolwiek wyda album. Już w poprzedniej dekadzie można było usłyszeć z jego ust słowa „look out for Detox”, aczkolwiek prócz dwóch singli („Kush” i „I Need a Doctor”) zgłodniali fani Andre Younga mogli zaspokoić swój apetyt jedynie nieoficjalnymi wyciekami, które cyklicznie pojawiały się w sieci. W 2015 roku Detoxu nadal nie ma i… nie będzie. Mamy za to Compton – alternatywę dla tworzonego przez wiele lat, w bólach, albumu-legendy.

W momencie, gdy Dr. Dre poinformował, że nowy album pojawi się jeszcze przed premierą filmu Straight Outta Compton, świat muzyczny był w tym samym stopniu podekscytowany, co pełen obaw. Sam przed pierwszym odsłuchem wpisałem go a priori w poczet albumów z kategorii „hit or miss”. Dziś ze spokojem ducha mogę stwierdzić, że Dre nie zawiódł. Jeśli jednak ktoś oczekiwał od Compton tego, że będzie wypełnione po brzegi bangerami pokroju „Still Dre”,  „The Next Episode” czy „Forgot About Dre”, z moja opinią zapewne się nie zgodzi. Trzeba jednak przyznać, że weteran rapgry wydał album przemyślany, dopracowany, gdzie poszanowanie do westcoastowej tradycji znalazło consensus ze współczesnymi muzycznymi trendami.

Z pierwszymi dźwiękami Compton, w kinematograficznym klimacie, przenosimy się do stolicy miodowych Timberlandów, flanelowych koszul, gdzie muzycznym tłem do codziennych wydarzeń jest werbel tworzony za pomocą spustu czarnego Colta. Dostajemy krótką lekcję historii o tym, jak miasteczko wprost z amerykańskiego snu zamieniło się w jeden z najniebezpieczniejszych rejonów w Stanach Zjednoczonych, w którym kolor czerwony i niebieski toczą nieustająca walkę na śmierć i życie. Początkiem muzycznej przejażdżki po Compton jest „Talk About It”. Prócz gospodarza, rolę przewodnika po dzielnicy pełni King Mez, któremu wtóruje Justus. Z początku utwór sprawia wrażenie chaotycznego, jednakże należy do tych, o których zwykło mówić się w muzycznej nomenklaturze, jako grower – posłuchacie raz, drugi, a kwestią czasu będzie, gdy zatęsknicie za otwierającym „I don’t give a one fuck!”. Kolejnym przystankiem jest świetny, przyprawiony reggae’owym sosem, „Genocide”, w którym energia Kendricka przypomina tę, jaką Eminem miał w sobie na 2001 – „fucki” zostały rzucone, a współczynnik przedwczesnej umieralności w Compton, nie zmalał nawet o promil.  Słońce pojawia się na horyzoncie przy „It’s All On Me”. Dzięki pięknemu, letniemu bitowi przenosimy się gdzieś w okolice narodzin g-funku, a dzięki retrospekcjom Dre poznajemy historie, które wydarzyły się dużo wcześniej niż premiera The Chronic.

Gdy już na dobre zadomowimy się w upalnej Kalifornii, na horyzoncie pojawia się Anderson .Paak – lokalny artysta, fan Dr. Dre. „All in Day’s Work” to hymn pracoholików i swoiste połączenie dwóch pokoleń – młodego twórcy dążącego do perfekcji w swoim fachu i weterana, który dzięki swojemu etosowi pracy dorobił się fortuny większej niż sześć zer. „Loose Cannons” i  „Issues” są czymś na wzór zjazdu starych OG’s – w pierwszym pojawia się COLD 187um wraz z Xzibitem, w drugim Ice Cube. Co najważniejsze — wszyscy w formie. Pod względem muzycznym faworytem jest „Loose Cannons”. Gdy znacie „Supermagic” Mos Defa (Yasiina Beya?), to wiecie, że sampel „Ince, Ince” można było wykorzystać lepiej.

Na „Deep Water” po raz kolejny swój ogromny potencjał pokazuje Kendrick Lamar. Kawałek jest jakby połączeniem stylów z dwóch albumów Kalifornijczyka (jazzowa końcówka jest wręcz żywcem wyjęta z To Pimp a Butterfly). Świetne występy zanotowali także Jon ConnorSnoop Dogg na „One Shot One Kill”. Na Compton nie mogło zabraknąć oczywiście „największego fana doktora”, Game’a, który przy pomocy Asi Bryant wysmażył utwór, którego repeat value, plasuje się w czołówce. Gdy zbliżamy się ku końcowi podróży, czas umilają nam sprawnie skomponowane utwory, w których zarówno ci śpiewający ,jak i rapujący robią swoje – „For the Love of Money” (świetna Jill Scott, świetny Jon Connor) oraz „Satisfiction” (Marsha Ambrosious + kolejne zwrotki Snoopa i King Meza [sic!] na „5”). Przyjemnie słucha się „The Animal”, dosyć bezbarwnie wypada natomiast „Medicine Man” z Eminemem.

Nie można zapominać jednak, że podczas całej tej podróży przez wąskie uliczki Compton, to Dr. Dre jest tutaj gospodarzem. Mimo że mikrofon wędruje z ręki do ręki bardzo często, to jego obecność na albumie jest niezaprzeczalna. Dre pokazuje, że mając 50 lat na karku, cały czas można świetnie poruszać się po bicie i nagrywać dobre rzeczy (biorąc poprawkę na to, że gospodarz korzysta z usług ghostwriterów).

Podróż po Compton kończy się przy akompaniamencie „Talking To My Diary”. Przekaz ostatniego utworu jest jasny – weteran rapu, współtwórca kultowej grupy, jeden z najbardziej cenionych producentów w historii, przechodzi na emeryturę. Przechodzi na nią w stylu nieosiągalnym dla wielu artystów, którzy z wiekiem rozmienili swój dorobek na drobne. Jeśli utwory na mityczny Detox rzeczywiście tak bardzo nie satysfakcjonowały Andre Younga, to cieszę się, że nie ujrzał on światła dziennego. Parafrazując znane polskie przysłowie – lepszy Compton w garści niż Detox na dachu. Compton to nie The Chronic, ani nie 2001. Brakuje mu na pewno znamion, które cechują albumy uznawane za klasyczne. Bądźmy jednak szczerzy, to nadal cała masa znakomitych zwrotek, niezłych refrenów i świetnych bitów. Pamiętnik Dr. Dre został spięty klamrą z napisem „tajne przez poufne”.

Komentarze

komentarzy