Recenzja: The Weeknd Beauty Behind the Madness

Data: 8 września 2015 Autor: Komentarzy:

weeknd-bbtm

The Weeknd

Beauty Behind the Madness (2015)

XO/Republic/Universal

Cztery lata temu pojawił się znikąd, nikomu nieznany, skromny, czarujący, a nawet uzależniający, Kanadyjczyk. Jego promyk zabłysnął trzema mixtape’ami — House of Balloons, Echoes of SilenceThursday, następnie wydanych razem jako kompilacja Trilogy. Promyk ten zaświecił tak jasno, że miłośnicy nowych, alternatywnych brzmień i PBR&B od razu pokochali Abela Tesfaye. Ten, od tamtej pory zdążył przed dwoma laty wydać pierwszy album w majorsie, Kiss Land. Debiut ten był dobry, tyłka nie urwał, lecz dla mnie to dopiero teraz uderzył z impetem.

Dziś The Weeknd jest gwiazdą światowego formatu, a w 2015 roku nie sposób go nie usłyszeć, gdziekolwiek się nie ruszyć. To wszystko za sprawą dwóch utworów — pochodzącego ze ścieżki dźwiękowej do Pięćdziesięciu Twarzy Greya „Earned It”, który z radia nie znikał przez kilka miesięcy, a także dzięki drugiemu singlowi z Beauty Behind the Madness, „Can’t Feel My Face”. Ten kawałek, który na myśl przywołuje od razu skojarzenia z Królem Popu, jest pierwszym numerem 1 Weeknda. Do tego należy dodać fakt, że ostatnio nasz artysta miał trzy własne utwory na podium listy przebojów Billboardu Hot R&B. Co stoi za sukcesem nowego materiału? Otóż Weeknd doskonale radzi sobie z oczekiwaniami fanów mrocznego, erotycznego, narkotycznego R&B. Ten człowiek w połączeniu z producentem Illangelo potrafi zdziałać cuda. Tym razem udało się to przy okazji zrobienia zakrętu 180*. Niby odskoczył w stronę popu, a jednak zrobił to ze smakiem, z jajami i pokazał dobitnie, że nie ma najmniejszego problemu z tworzeniem chwytliwych refrenów. Nawiązania wokalne do Michaela Jacksona, największej inspiracji Weeknda, są doskonałe — gdzieniegdzie wrażenie chrypki, agresywny sapiący wokal czy „mostkowe” przejścia w falset. Muzycznie, super sprawą jest powrót do charakterystycznych outro, znanych z pierwszych mixtape’ów. I choć cały album to niespełna 65 minut (w porównaniu do mikstejpowych pozycji siedmio bądź ośmiominutowych), to fakt ściśnięcia całej tej treści, przy zachowaniu spoistości, jest zdumiewający.

Chciałbym zwrócić też uwagę na kolejność utworów, która została, według mnie, dobrana całkiem przyzwoicie. Intro z syrenami, a dodanie za chwilę sekcji smyczkowej w „Real Life” przyprawia mnie o gęsią skórkę. Ważne w następstwie jest wyważenie tempa. Po w miarę żwawym wstępie (do którego należy zaliczyć także świetne „Losers” z Labrinthem), zwalniamy do „Tell Your Friends”, produkcji Kanyego(!), gdzie Abel śpiewa „I’m that nigga with the hair, singing ‘bout popping pills, fucking bitches, living life so trill”. Słusznie zauważyli ludzie z consequenceofsound — po prostu stosuje gładki przekaz: „Tak, to właśnie robię. A teraz patrzcie, jak daleko z tym zachodzę”. Na krążku znalazły się oczywiście również takie pozycje, jak wcześniej znane już „Often” czy Greyowski kawałek. Przyjemnym utworem (choć istnieje ryzyko przylepienia do niego łatki „banalnego”), jest „Acquainted”. Poza nim ciekawie prezentuje się również disco-Jacksonowy numer, „In The Night”, który ma taką samą moc jak większość pozostałych pozycji na trackliście. Dodam również, że goście w postaci sympatycznego Eda Sheerana, czy czasami nieznośnej Lany Del Rey nie są w żadnym wypadku w stanie zaważyć na ocenie nowego albumu Weeknda. Dlaczego? Bo nawet jeśli wokal tego pierwszego nie pasuje do mrocznego klimatu podkładu, a Lana bez konkretnego powodu niezbyt pasuje mi do Weeknda (być może jest zbyt delikatna), to pan Tesfaye wykręca 150% z potencjału swojej twórczości.

Jeśli dla niektórych muzyka Tesfaye jest świeża, na pewno muszą się oswoić z jego mówieniem okrutnych rzeczy słodkim głosem. Abel na nowym krążku opowiada o swoim sukcesie (pozostając przy tym identycznym gościem, który cztery lata temu pracował sklepie z odzieżą i celował marzeniami w Kalifornię), tworzy poniekąd kosmiczny tribute do swoich inspiracji lub też przekonuje do siebie resztę globu, która przyjmuje go z otwartymi ramionami i zapewnia Kanadyjczykowi niemały dochód. Beauty Behind the Madness przynosi nam klimat tej samej jakości, co materiał, którym zachwycaliśmy się, gdy jeszcze nawet nie wiedzieliśmy jak The Weeknd wygląda. Według Pitchforka, „Tell Your Friends” to „The Morning” wyprodukowane przez Yeezyego, a „Shameless” to takie „Wicked Games”, ujęte z nieco innej perspektywy… Tym porównaniem zakończę wywód na temat najnowszego, nadrabiającego z nawiązką po słabym Kiss Land, kawałku sztuki Weeknda.

Komentarze

komentarzy