Recenzja: Miley Cyrus Miley Cyrus & Her Dead Petz

Data: 25 września 2015 Autor: Komentarzy:

avatars-000171289904-81htrg-t500x500

Miley Cyrus

Miley Cyrus & Her Dead Petz (2015)

Self-released

Miley Cyrus poprowadzi tegoroczną galę MTV Video Music Awards. Ta wiadomość, jak również późniejsze rozdanie nagród, była szokująca, ale pozwalała oswoić się z myślą — końcówka sierpnia może być naprawdę gorąca. Już wtedy przeczuwało się, że będą tandetne/pstrokate/wulgarne (niepotrzebne skreślić) stroje, niesmaczne żarty o zabarwieniu seksualnym, a co za tym idzie także nieznośna atmosfera obciachu i żenady. Ogłoszenie Kanyego Westa, który zdecydował się kandydować na prezydenta Stanów Zjednoczonych w 2020 roku przebija co prawda ostrą wymianę zdań pomiędzy wyżej wspomnianą artystką a Nicki Minaj, ale również nie ustępuje niespodziance, jaką był darmowy album pierwszej z pań.

Miley rozpoczęła swój wizerunkowy manifest twerkowaniem z Robinem Thicke i na najnowszym (warto dodać, że wydanym niezależnie) wydawnictwie idzie nie o jeden, a nawet o dwa kroki dalej. Po raz kolejny, w numerze otwierającym płytę — „Dooo It” — Cyrus wygłasza protest, śpiewając: Tak, palę trawkę i tak, kocham pokój, ale mam to gdzieś, nie jestem hipiską. I patrząc na jej tryb życia nie sposób nie uwierzyć w to, co deklaruje… choć jakby zastanowić się nad tym dłużej, nasza bohaterka może być najnormalniejszą dziewczyną na świecie, ale pozwoli wszystkim myśleć, że jest inaczej, nic bowiem nie sprzedaje się lepiej niż nastoletnia supergwiazda pop, która przybiera postawę buntowniczki z wyboru. I co gorsza, na tej płycie są momenty, w których słuchacz daje się przekonać o jej zapędach psychodelicznych, np. gdy dedykuje piosenkę „Pablow the Blowfish” zmarłej rybce, płacząc chyba nawet bardziej niż za straconym ukochanym. I całkiem normalną reakcją jest to, że po przesłuchaniu takich kawałków jak „1 Sun”, „Tiger Dreams”, „Cyrus Skies” czy przerywniku w postaci „I’m So Drunk” człowiek ma ochotę odpalić sobie jointa, puścić legendarny już kanał na YouTube — Krainę Grzybów — zapominając o bożym świecie. A więc tak, nie jest to płyta dla ludzi o słabych nerwach, a mimo tego że cały ten narkotyczno-lukrowany projekt wydaje się być spójny kontekstowo, pełno tu zamętu i zawirowań.

Miley Cyrus & Her Dead Petz zawieszone jest gdzieś pomiędzy psychodelicznym rockiem, eksperymentalnym popem a delikatną elektroniką. Ze świecą szukać tu akcentów landrynkowego R&B, którymi przepełniony był Bangerz, i choć niewątpliwie warto wyróżnić gościnny występ Big Seana w marzycielskim „Tangerine”, Miley definitywnie wpadła w fazę fascynacji rockową kapelą The Flaming Lips. Dowodem na to są przede wszystkim: smutnawa kompozycja „Karen Don’t Be Sad” oraz równie depresyjne „Space Boots Up”. Interesujący jest również fakt, z jaką łatwością Miley podsyca plotki o swoich homoseksualnych skłonnościach w kawałku „Bang Me Box”. I to jest chyba dobre miejsce, by przypomnieć wszystkim tym, którzy nie mogą powstrzymać się od fali nienawiści, zarzucając Miley promowanie niemoralnych treści, że seks to karta przetargowa w show biznesie od dawien dawna — wystarczy przywołać tylko album ze zdjęciami Madonny zatytułowany Sex z 1992 roku, który niemal ociera się o pornografię. A więc tak, Miley doskonale wie jakimi narzędziami operuje i nawet jeśli te mechanizmy znamy również my, wydawać by się mogło obeznani słuchacze, to właśnie ta niepewność kiedy i czy w ogóle Cyrus wyskoczy z naprawdę świetnym numerem np. w postaci monologu jak w „BB Talk”, szczerym do bólu miłosnym dramatem „I Get So Scared”, fantazyjnym instrumentalnym „Milky Milky Milky” czy irytującym i nierównym „Slab of Butter (Scorpion)” sprawia, że jesteśmy głodni i spragnieni wrażeń. Bo choć prędzej czy później Miley Cyrus & Her Dead Petz zapisze się na łamach dyskografii Miley jako płyta nagrana w afekcie i da się to wszystko wytłumaczyć nieokiełznaną młodością, która jak wszyscy wiemy, rządzi się swoimi prawami, końcowy cel i tak został osiągnięty: Cyrus jest na językach. Zwariowana? Zblazowana? Zbuntowana? — pytał ostatnio w swoim artykule Bartek Chaciński. Trzy razy tak, ale Miley przede wszystkim potrafi zwracać na siebie uwagę. Również w ten muzyczny sposób, o czym czytelnicy Pudelka zdają się zapominać.

Komentarze

komentarzy