Recenzja: Mac Miller GO:OD AM

Data: 9 października 2015 Autor: Komentarzy:

mac-miller-good-am-album-cover-art-2015-500x500

Mac Miller

GO:OD AM (2015)

Warner Bros/REMemeber

Wielu raperów może zazdrościć Macowi Millerowi tego, że mając zaledwie 23 lata jest zarówno dojrzałym tekściarzem, jak i muzykiem. W tak młodym wieku osiągnął praktycznie muzyczne K2. Po ocierającym się o geniusz albumie Watching Movies With the Sound Off przyszedł czas na GO:OD AM — prawie tak samo dobrym, jednak zupełnie innym…

WMWTSO wyróżniało się specyficznym, ćpuńskim, psychodelicznym klimatem. Cały album był bardzo spójny, gdzieś pomiędzy muzyką a wersami unosiły się opary różnego rodzaju specyfików. Mocno dało się odczuć, że Mac jest pogubiony we własnym świecie do czego z pewnością przyczynił się sukces (zasłużony), czy też Los Angeles, w którym doświadczył zepsucia. Teraz wiele się zmieniło. Przeprowadzka do Nowego Jorku (gdzie zawsze chciał mieszkać), apartament zamiast nielubianej rezydencji, no i przede wszystkim zmiana wytwórni. Zmiany pozwoliły uciec od problemów takich jak depresja, czy słabość do szerokiej gamy używek. Od razu słychać, że muzyka jest bardziej optymistyczna, weselsza i nie posiada paranoicznych znamion. Miller zdaje się również bardziej luźno podchodzić do życia i widzieć jego jaśniejsze strony. Całkowicie jednak nie schował do szuflady tekstów o podróżach w głąb siebie, czy obserwacji zabieganego społeczeństwa. Świadczy o tym chociażby „Brand Name” (mocno w stylu starego McM), gdzie raper z Pittsburga porusza temat korporacji i miłości do ich produktów. W „Ascension”, na spokojnym, plumkającym bicie (sampel z Curtisa Mayfielda), Mac Miller skacze z problemu na problem, zahaczając o swoją pozycję w rap grze, religię, a przy tym rzuca takie wersy: „I met God before I ever stepped into a church and that motherfucker still owe me money”. Tak dobrych linijek na tym albumie jest mnóstwo i bardzo dużo z nich jest przewiniętych mistrzowsko. Wolniej, szybciej, podśpiewując, mówiąc, szepcząc — do wyboru, do koloru.

McCormick w kolejnych wywiadach podkreśla fakt, że musi dobrze znać się z ludźmi, z którymi współpracuje. Jednym tchem wymienia takie osoby jak SchoolboyQ, Ab-Soul czy Vince Staples, a jako jednego ze swoich najlepszych przyjaciół (nie tylko ze sfery muzycznej) podaje Thundercata. Co ciekawe, pełnoprawną zwrotkę na GO:OD AM z wymienionych raperów „dostał” tylko Ab-Soul, natomiast pozostali użyczyli swoich głosów w śladowych ilościach, będąc bardziej uzupełnieniem numerów w postaci mówców/lektorów. Sumując gości — Lil B, Chief Keef, Little Dragon — najlepiej wypadł Miguel, który wzbogacił „Weekend” do tego stopnia, że jest jednym z lepszych numerów na płycie. Muzycznie poziom jest bardzo wysoki, za co odpowiadają w większości ID Labs. Choć płyta różni się klimatem i brakiem spójności, którą usłyszeliśmy na WMWTSO. Przekrój bitów jest szeroki. Znajdziemy tu klasyczne bujające podkłady („Brand Name”) jak i połamańce („When in Rome”), a także spokojne mało inwazyjne („Ascension”).

Gdyby kilka słabszych numerów, takich jak „When in Rome”, „Cut the Check” czy „Time Flies” zbliżyć klimatem do „Break the Law”, „Jump” albo „Clubhouse”, otrzymalibyśmy kompletną płytę. Mimo wszystko GO:OD AM słucha się rewelacyjnie. Autor albumu ma dar do trzymania słuchacza przy głośniku, a przy tym ma wiele do powiedzenia. Kilka dni temu na Twitterze Andrzej Cała napisał, że nikt tak jak Mac Miller nie potrafi opowiadać o pustce i samotności. Jest to najlepsze podsumowanie jego najnowszej twórczości, jak również płyty, o której teraz mowa. Gość ma wszystko — niesamowity talent od rapu poprzez śpiew, aż do grania na instrumentach. Ma przed sobą jeszcze wiele lat muzycznej drogi i to powinno być dla wszystkich fanów najważniejsze. On nie będzie odcinał kuponów i brał jeńców. Czekajmy więc na kolejne albumy tego młodego wariata, bo… nie wiemy czego się spodziewać.

Komentarze

komentarzy