Wydarzenia

Recenzja: Sam Binga Wasted Days

Data: 14 października 2015 Autor: Komentarzy:

Sam Binga

Wasted Days (2015)

Critial Music

Bacznie obserwując rynek muzyki elektronicznej przez ostatnie pięć lat, można było odnieść wrażenie, że brytyjski basowy vibe, który niegdyś niepodzielnie królował i wytyczał nowe ścieżki rozwoju gatunków, dziś dusi się popiołami swojej popularności podzielony na niestrawną scenę plastikowych, mid-range’owych wierteł i artystów, którzy odeszli od klubowego formatu w kierunku IDM-u i bardziej eksperymentalnego grania. Mimo tego że muzyczna sinusoida raz po raz jedną niszę spycha, a drugiej służy jako trampolina, mało kto spodziewał się, że drum & bass, grime czy dubstep znów doświadczą swojej świetności. Sposobem na rewolucję nie było definiowanie gatunków od nowa, a ich ciągle ewoluująca fuzja, której na coraz większą skalę doświadczamy teraz.

Inkorporacja chicagowskiego footworku i zwrot w stronę brudu hip-hopu lat dziewięćdziesiątych pozwoliły na tchnięcie nowego życia w wyspiarski kanon. Wytwórnie pokroju Planet Mu, Hyperdub, Exit Records, Critical Music czy Metalheadz odnalazły w wielu odłamach elektroniki i hip-hopowej rytmice wspólny beatowy mianownik, który dał sygnał do czerpania garściami ze starego i do nieustannego rozwoju nowoczesnego, niedocenianego i nieumiejętnie wykorzystywanego brzmienia.

Sam Binga od początków swojej kariery był producentem nieszablonowym. Zawieszony pomiędzy breakami, dubem, drum & bassem i grime’m, jeszcze jako Baobinga z singla na singiel precyzował swoją wizję, aby po ponad dziesięciu latach kariery wydawniczej i błąkania się po wytwórniach zaprezentować pełnoprawny debiut po ugruntowaniu swojej pozycji w Critical. Wasted Days jest czymś, na co brytyjska elektronika czekała od wielu lat — niesamowicie porywającą, ambitną, eklektyczną podróżą po subowych przestrzeniach Wielkiej Brytanii podaną w bezpretensjonalnej, szalenie tanecznej formie.

Album jest jak przemierzenie trasy z Londynu do Chicago z intensywnym postojem w Kingston. W znakomitej części utworów pojawiają się artyści posługujący się pięknym jamajskim patois, nadając projektowi wyjątkowo korzennego charakteru, co oczywiście wynika również z tła jakie przygotował dla nich mózg operacji. Numery pokroju otwierającego „Believe”, tytułowego, romansującego z dancehallem hymnu z Warrior Queen czy powalającego, najbardziej przebojowego „Mind and Spirit” to dożywotni zapas rozbujanego groove’u rodem z wyspy na Morzu Karaibskim. Stricte brytyjska stylistyka ma na krążku równie solidną reprezentację m.in. w postaci grime’owego „Run the Dance” z Slick Donem czy kawałka „I Tol U” bazującego na upalonej, jump-upowej palecie dźwięków.

Oprócz typowo klubowych propozycji Sam Binga oferuje nam także kilka bardziej emocjonalnych wycieczek. Psychodeliczna, przestrzenna, mroczna kolaboracja z Hyroglifics w „Dark Day” czy ocierające się o crossover jungle z ambientem „Greatest Distance” z fenomenalnym Romaine’m dopełniają pełnego obrazu wielowarstwowego świata producenckiego artysty. Zarówno Londyn jak i rodzinny Bristol od dawna nie zrodziły tak kompletnego projektu, który odznaczałby się tak daleko zakrojoną świadomością muzyki tanecznej. Projektu, który tak skutecznie łączyłby przebojowość z wysoką jakością muzycznej treści, odnawiając jednocześnie formułę, na której bazuje.

Komentarze

komentarzy