Wydarzenia

Critical Music

Recenzja: Sam Binga Wasted Days

Sam Binga

Wasted Days (2015)

Critial Music

Bacznie obserwując rynek muzyki elektronicznej przez ostatnie pięć lat, można było odnieść wrażenie, że brytyjski basowy vibe, który niegdyś niepodzielnie królował i wytyczał nowe ścieżki rozwoju gatunków, dziś dusi się popiołami swojej popularności podzielony na niestrawną scenę plastikowych, mid-range’owych wierteł i artystów, którzy odeszli od klubowego formatu w kierunku IDM-u i bardziej eksperymentalnego grania. Mimo tego że muzyczna sinusoida raz po raz jedną niszę spycha, a drugiej służy jako trampolina, mało kto spodziewał się, że drum & bass, grime czy dubstep znów doświadczą swojej świetności. Sposobem na rewolucję nie było definiowanie gatunków od nowa, a ich ciągle ewoluująca fuzja, której na coraz większą skalę doświadczamy teraz.

Inkorporacja chicagowskiego footworku i zwrot w stronę brudu hip-hopu lat dziewięćdziesiątych pozwoliły na tchnięcie nowego życia w wyspiarski kanon. Wytwórnie pokroju Planet Mu, Hyperdub, Exit Records, Critical Music czy Metalheadz odnalazły w wielu odłamach elektroniki i hip-hopowej rytmice wspólny beatowy mianownik, który dał sygnał do czerpania garściami ze starego i do nieustannego rozwoju nowoczesnego, niedocenianego i nieumiejętnie wykorzystywanego brzmienia.

Sam Binga od początków swojej kariery był producentem nieszablonowym. Zawieszony pomiędzy breakami, dubem, drum & bassem i grime’m, jeszcze jako Baobinga z singla na singiel precyzował swoją wizję, aby po ponad dziesięciu latach kariery wydawniczej i błąkania się po wytwórniach zaprezentować pełnoprawny debiut po ugruntowaniu swojej pozycji w Critical. Wasted Days jest czymś, na co brytyjska elektronika czekała od wielu lat — niesamowicie porywającą, ambitną, eklektyczną podróżą po subowych przestrzeniach Wielkiej Brytanii podaną w bezpretensjonalnej, szalenie tanecznej formie.

Album jest jak przemierzenie trasy z Londynu do Chicago z intensywnym postojem w Kingston. W znakomitej części utworów pojawiają się artyści posługujący się pięknym jamajskim patois, nadając projektowi wyjątkowo korzennego charakteru, co oczywiście wynika również z tła jakie przygotował dla nich mózg operacji. Numery pokroju otwierającego „Believe”, tytułowego, romansującego z dancehallem hymnu z Warrior Queen czy powalającego, najbardziej przebojowego „Mind and Spirit” to dożywotni zapas rozbujanego groove’u rodem z wyspy na Morzu Karaibskim. Stricte brytyjska stylistyka ma na krążku równie solidną reprezentację m.in. w postaci grime’owego „Run the Dance” z Slick Donem czy kawałka „I Tol U” bazującego na upalonej, jump-upowej palecie dźwięków.

Oprócz typowo klubowych propozycji Sam Binga oferuje nam także kilka bardziej emocjonalnych wycieczek. Psychodeliczna, przestrzenna, mroczna kolaboracja z Hyroglifics w „Dark Day” czy ocierające się o crossover jungle z ambientem „Greatest Distance” z fenomenalnym Romaine’m dopełniają pełnego obrazu wielowarstwowego świata producenckiego artysty. Zarówno Londyn jak i rodzinny Bristol od dawna nie zrodziły tak kompletnego projektu, który odznaczałby się tak daleko zakrojoną świadomością muzyki tanecznej. Projektu, który tak skutecznie łączyłby przebojowość z wysoką jakością muzycznej treści, odnawiając jednocześnie formułę, na której bazuje.