Wydarzenia

Recenzja: Spoken Love Spoken Love

Data: 12 listopada 2015 Autor: Komentarzy:

digit

Spoken Love

Spoken Love (2015)

Warner Music Poland

Większość popularnych polskich muzyków, przynajmniej w teorii, zna receptę na hit. Wiedzą, co w rodzimych rozgłośniach radiowych jest grane. Wiedzą, na czym można zarobić, często więc są zmuszeni iść po linii najmniejszego oporu. W końcu oni też muszą opłacić rachunki i myśleć o przyszłości swoich dzieci. Ostatecznie nie wiadomo, ile tych hitów będą w stanie stworzyć. Czego mogliśmy zatem spodziewać się po dwójce bardzo doświadczonych muzyków, którzy są autorami sukcesu Sistars, Łąki Łan czy nawet Agnieszki Chylińskiej w nowej (i zdecydowanie najbardziej kontrowersyjnej) odsłonie? Na pewno nie pozbawionego hitu materiału, a takim jest właśnie płyta Spoken Love.

Może nie zabrzmiało to zbyt obiecująco, ale spieszę z wyjaśnieniem. Spoken Love to nazwa formacji, którą tworzą Bartek KrólikMarek Piotrowski. Materiał nagrali w całości po angielsku, od początku zatem utrudnili sobie dotarcie do polskiego słuchacza, który zazwyczaj nie przywiązuje wagi do tekstów — ma być prosty i łatwo przyswajalny refren i to wystarczy. Na szczęście znajdą się też tacy, którzy utwory będą rozkładać na czynniki pierwsze. Doszukają się więc w warstwie tekstowej kilku perełek, jej autorem bowiem jest amerykański artysta Chesney Snow, który użycza również swojego głosu w utworze „Moonligt Teardrops”. Wydaje się, że anglojęzyczność tekstów znacząco wpływa tutaj na ich jakość. Oprócz tematyki związanej z miłością i uczuciami, dotykają szeroko pojętej rzeczywistości, przemijania oraz kryzysu męskości i kobiecości. Ci zaś, którzy większą uwagę przywiązują do produkcji, też nie będą zawiedzeni. Znajdziemy tu zarówno utwory mroczne, jak i melancholijne, głównie popowe, ale także namiastkę elektroniki i elementy rocka. Produkcje korzystające z nowoczesnych rozwiązań, ale równocześnie bazujące na tym, czego muzycy dokonali wcześniej.

Bartek Królik nie pozwolił sobie na zbyt wiele wokalnych szaleństw. Jednak docenić należy jego niezwykle przyjemną dla ucha barwę i dobry akcent. Ta wokalna powściągliwość jest niewątpliwie atutem tego materiału. Kilka utworów z albumu zasługuje na szczególną uwagę: bardzo udane wprowadzenie w postaci „Everlasting Love”, które ostatecznie okazało się trzecim singlem; zmysłowe, powiedziałabym, że nawet lekko deephouse’owe „Pimp for Love”; pierwszy singiel „Starless” nie bez powodu wybrany wizytówką Spoken Love czy „Chant” — najspokojniejszy utwór na krążku przypominający nieco dokonania Cheta Fakera. W zasadzie tylko jeden kawałek nie jest zbyt przekonujący — „Tender Rose”, z gościnnym udziałem Karmy Stewart. Wydaje się, że jej silny głos nie pasuje do koncepcji, a Bartek spokojnie obroniłby się sam.

Doświadczeni muzycy skończyli przygotowywać swój debiutancki album, mając po 36 lat. Zdążyli wcześniej stworzyć mnóstwo dobrej muzyki, współpracowali z wieloma artystami, założyli rodziny. Proces powstawania tego krążka to 6 lat ciągłych zmian i zbierania doświadczeń. Brak radiowego hitu wynagradza nam sporo ładnych melodii i ciekawych tekstów. Debiut zdecydowanie późny, ale warto było na niego dłużej poczekać.

Komentarze

komentarzy