Wydarzenia

Recenzja: Tiffany Evans All Me

Data: 15 listopada 2015 Autor: Komentarzy:

artworks-000132467711-rpzeml-t500x500

Tiffany Evans

All Me (2015)

Self released


Niektórzy z Was mogą kojarzyć Tiffany Evans jako małą dziewczynkę, która dała jeden z najlepszych występów w popularnym dziecięcym talent show Star Search. Od tego momentu kariera 10-letniej wówczas gwiazdy nabrała tempa. W 2004 roku wydała epkę zawierającą covery takich numerów jak „And I’m Telling You I’m Not Going” Jennifer Holliday czy „I Want You Back” The Jackson 5. Cztery lata później doczekaliśmy się albumu długogrającego Tiffany Evans. Album promował dobrze przyjęty singiel „Promise Ring” nagrany w duecie z Ciarą (która była zresztą producentem wykonawczym płyty) oraz „I’m Grown” z gościnnym udziałem popularnego wtedy rapera Bow Wowa. Jednak pomimo tego, że materiał niewątpliwie wpisywał się w trendy końca poprzedniej dekady, Tiffany nie utrzymała się długo w głównym nurcie, a jej karierę przyćmiewały coraz nowsze nazwiska. Jak to zwykle bywa w takich przypadkach, Evans postanowiła zrezygnować z usług dużej wytwórni Columbia i zaczęła działać niezależnie pod szyldem Live Love Entertainment. Próby powrotu, m.in. w postaci epki 143, były mniej lub bardziej udane i tak naprawdę dopiero teraz, przy premierze All Me, Tiffany wyraźnie akcentuje: wciąż tu jestem, nie ignorujcie mnie!

Wydawnictwo zaczyna się piosenką nagraną wspólnie z Fetty Wrapem, „On Sight”, która delikatnie zarysowuje obraz całego wydawnictwa. Drugi numer, „Talk a Good Game”, przypomina piosenkę Kelly Rowland nie tylko ze względu na zbieżność tytułów — cały kawałek przywołuje na myśl ostatnią płytę członkini Destiny’s Child. Tiffany jest wciąż bliżej do poczynań Keri Hilson, Keyshii Cole czy Mýa, niż do debiutantek pokroju Keleli lub SZA. Jednak nie jest to zarzutem. Artystka z niezwykłą łatwością zaciera granice między nowoczesnymi odmianami R&B, soulu i popu, nie ocierając się przy tym o kicz, jak zdarza się to jej koleżankom po fachu. Tematyka poruszana na albumie skupia się bardziej na blaskach niż cieniach bycia w związku. W końcu Tiffany od lat jest szczęśliwą mężatką i matką dwójki dzieci, o czym śpiewa w balladzie kończącej płytę „100 Percent”. Evans w bardzo dobry sposób operuje swoim wokalem, sprawiając, że fantazyjne „Put You On” czy hipnotyzujące „T.M.I.” pozostają w głowie słuchacza na długie godziny. Nawet bardziej odważne, idące w kierunku dance, a nawet trapu, „Me and You” oraz „Hands in da Air” nie drażnią i nie irytują tak bardzo, jak przykładowo „Pour It Up” Rihanny.

Podsumowując, All Me to bardzo spójna i przemyślana płyta, która pozwala na nowo zdefiniować brzmienie piosenkarki. Jak na ironię, podczas gdy jej dawna mentorka Ciara miota się między miałką dawką pop/dance w stylu „I’m Out” czy „Give Me Love” a szczerymi do bólu nagraniami pokroju „I Bet”, Evans z mniejszym parciem na szkło i z większym wyczuciem stylu, pozwala sobie spokojnie rozwijać warsztat. Być może nie jest to epka, która zdominuje listy przebojów na długie tygodnie lub wpisze się na stałe na karty historii muzycznej, ale jeśli Tiffany powtórzy, a nawet przewyższy wartość swojej twórczości na nadchodzącym solowym albumie, All Me może być jednym z najpiękniejszych preludiów muzycznych, jakie otrzymaliśmy w tym dziesięcioleciu.

Komentarze

komentarzy