Recenzja: Jamie Woon Making Time

Data: 25 listopada 2015 Autor: Komentarzy:

digit

Jamie Woon

Making Time (2015)

Polydor Ltd.

Debiutancki album Jamie’ego Woona Mirrorwriting ukazał się w 2011 roku. Jednocześnie swój materiał zaprezentował również James Blake. W tym czasie rynek nie był tak bardzo przepełniony eksperymentalną muzyką na styku elektroniki i soulu, a tych dwóch panów zdecydowanie wyróżniało się w obrębie gatunku. Okazali się zatem jego wspaniałymi popularyzatorami, a Internet zalała fala nowych adeptów próbujących podążać ich śladami. Na kolejny krążek Jamie’ego czekaliśmy aż cztery lata, a przez ten czas sporo się zmieniło. Artysta, zamiast nadal zagłębiać się w świat elektroniki, zwrócił się w stronę soulu i twórczości takich artystów jak D’Angelo, czy Maxwell.

Jamie nie uległ presji wydania szybkiego krążka po tak dużym sukcesie pierwszego. Mogła być to decyzja ryzykowna, jednak wierni fani nie zapomnieli o świetnym Mirrorwriting i czekali na kolejną odsłonę. Artysta bez pośpiechu realizował nowe założenia, co zaowocowało kilkoma niespodziankami. Już od początkowych dźwięków „Message” usłyszymy zmiany w brzmieniu. Na tle perkusji, improwizacji pianina i funkowego basu, wokalista swoim jedwabistym głosem oznajmia „We need to talk about the way that it could be in 2023”. Od początku dowiadujemy się więc, że tytuł albumu – Making Time – możemy czytać dosłownie, a główną tematyką będzie czas. Wiodący singiel „Sharpness” to niezwykle stylowy, ale jednocześnie zmysłowy utwór z ciepłym wokalem, bez zbędnych w tym przypadku ozdobników. Miód dla uszu. Kolejnym jasnym punktem jest „Celebration” z piękną harmonią w refrenie. W „świętowaniu” towarzyszy mu Willy Mason, wprowadzając w pogodny nastrój. Nieco więcej wokalnych popisów usłyszymy w „Thunder”, który ma lekko jazzowe zabarwienie. Na całym albumie to właśnie głos gra główną rolę, a instrumenty są jedynie pięknym tłem. Wszystkie piosenki są naprawdę dobrze napisane – teksty, jak i melodie, są dogłębnie przemyślane. Jamie Woon ze swoją dbałością o szczegóły sprawił, że wszystkie warstwy muzyczne uzupełniają się. Ostatni utwór „Dedication” łagodnie żegna nas i zachęca do oczekiwania na kolejne projekty.

Czy Making Time zawiera utwory, które zostaną zapamiętane na dłużej, tak jak to było w przypadku „Night Air” czy „Shoulda” z albumu Mirrorwriting? Fani, którzy spodziewali się powielenia schematu, czy choćby podobnego brzmienia do debiutu Jamie’ego Woona, mogą poczuć się zawiedzeni. Nie znajdziemy tu oczywistych hitów, ponieważ ta płyta to inna, spokojniejsza muzyczna podróż. Trudno ocenić, która z tych podróży jest bardziej inspirująca. Nie wiem też, czy będzie to najlepszy soulowy album tego roku, jednak na pewno jest to idealna ścieżka dźwiękowa na chłodne jesienno-zimowe wieczory.

Komentarze

komentarzy