Roots Manuva
Bleeds (2015)
Big Dada

Emocje — słowo które powinno być kluczem w odbieraniu czegokolwiek związanego ze sztuką. Hip-hopowi muzycy tworzący w dzisiejszych szalonych czasach wydają się zdecydowanie o tym zapominać. Wszyscy wokół stawiają w pierwszym rzędzie technikę, zapadające w pamięć refreny lub mający pobudzać wrażliwość nachalny ekshibicjonizm, na który oczekują rozpieszczeni słuchacze. 42-letni Rodney Smith, który powraca po 4 latach przerwy ze swoim nowym krążkiem zatytułowanym Bleeds, jest jednym z tych, którzy swoją muzyką chcą nam dostarczyć zdecydowanie czegoś więcej niż tylko rozrywki i trzeba przyznać, że ta sztuka w mniejszym lub większym stopniu udaje mu się już od debiutanckiego Brand New Second Hand. Możliwość współpracy z przedstawicielami różnych gatunków muzycznych takimi jak Gorillaz, Cinematic Orchestra, Jamie Cullum czy The Maccabbes, którą miał przez wszystkie lata swojej artystycznej pracy, jeszcze bardziej nauczyła go oddziaływać na słuchacza w zupełnie nieprzewidywalny sposób, czego apogeum osiągnął na swoim najnowszym wydawnictwie.
Największym problemem z raperami pochodzącymi z Wielkiej Brytanii, od zawsze był ich charakterystyczny dla mieszkańców Wysp oryginalny slang i słownictwo. Specyficzny styl gadania znany jako Cockney, od zawsze był barierą, której słuchacze, szczególnie ze Stanów Zjednoczonych nie mogli zaakceptować. Na Bleeds Manuva zapewne celowo stał się bardziej czytelny, przez co jeszcze bardziej można zanurzyć się w jego jakże fascynujący świat. Rezygnacja z trudnych do rozszyfrowania słówek i wyrażeń nie oznacza, że raper wydał wykalkulowany produkt pod słuchacza. Całość jest niezwykle mroczna, a ostre społeczne komentarze przeplatają się tu z dużą dawką wewnętrznych, często mocno uduchowionych przemyśleń oraz bardzo ciekawymi słownymi gierkami, które usłyszeć można było już na promującym album „Facety 2:11″. Największą bronią naszego bohatera od zawsze był jednak potężny głos. Sposób, w jaki buduje nim napięcie, przyprawia o ciarki na całym ciele. Wystarczy posłuchać np. tego, co dzieje się w drugiej zwrotce „Cargo„ lub powalającym „I Know Your Face„ żeby zdać sobie sprawę, jaką posiada charyzmę, moc i umiejętności. O formę wokalną jak zawsze w jego przypadku, można było być jednak spokojnym.
Warstwa muzyczna albumu to w dużej mierze dzieło dwóch osób. Zestawienie młodości w postaci głównego producenta krążka, czyli nieznanego dotąd szerzej producenta podpisującego się jako Fred, z bardzo dużym doświadczeniem, które wniosła tak kultowa postać jak Adrian Sherwood, zajmujący się tu dodatkową produkcją oraz aranżami, przyniosło naprawdę genialne efekty. Nie usłyszycie tu typowo brzmiących hiphopowych produkcji znanych z debiutu, nie ma też za dużo znanej z kolejnych płyt elektroniki czy dubu. Całości bliżej jest do czegoś, czemu na siłę przypiąć można tak bardzo nielubianą przez artystów łątkę trip hop. Dominuje raczej wolniejsze tempo, a wśród dogrywanych instrumentów dużą rolę odgrywa tu np. wiolonczela, nadająca w kilku momentach bardzo monumentalny klimat. Nieco zróżnicowania wnoszą pozostali muzycy zaangażowani w projekt. Minimalistyczny banger od Four Teta oraz dwie rzeczy od With You, czyli nowego producenckiego kolektywu połówki Major Lazer — Switcha, zapamiętuje się już po pierwszym przesłuchaniu albumu i słychać, że pomimo tego, że reprezentują zupełnie inne muzyczne światy, nie znaleźli się tu przez przypadek.
Połączenie tych dwóch składowych, które współgra ze sobą od pierwszych do ostatnich sekund krążka, dało nam rzecz, która przeprowadza nas przez całą gamę uczuć. Od paranoi, przez strach i poczucie zagrożenia, aż po spokój ducha w zamykającym całość „Fighting For?„, które to pozwala nam się w pewien sposób oczyścić z tego, czego doświadczyliśmy wcześniej. Prawdziwy emocjonalny rollercoaster. Na pewno znajdzie się wiele osób, które poczują niedosyt wynikający z tego, że podróż nim nie trwa aż tak długo. Po 4 latach czekania dostajemy bowiem tylko 10 nowych kompozycji. Z drugiej jednak strony każdy utwór jest naprawdę dopracowany i nie ma tu jak w przypadku Run Come Save Me wywołujących niemałe zakłopotanie eksperymentów, które wypełniły środek tamtego wydawnictwa. Jak najbardziej udany powrót jednego z najważniejszych artystów współczesnych czasów.



Komentarze