Recenzja: G-Eazy When It’s Dark Out

Data: 9 grudnia 2015 Autor: Komentarzy:

g-eazy

G-Eazy

When It’s Dark Out (2015)

RCA

Drugi album studyjny rapera pochodzącego z Oakland. I tak jak naprawdę duża część jego słuchaczy zastanawia się dlaczego jego kariera tak późno wystrzeliła i dlaczego, pomimo od kilku do kilkudziesięciu milionów wyświetleń na teledyskach, nie otrzymuje należytego mu rozgłosu. Natomiast ja zacząłem się zastanawiać, dlaczego ten koleś zrobił jakąkolwiek karierę?

To kolejny album o niczym. Kolejny album o tym, jak to ciężko jest być raperem w Stanach, jacy fani potrafią być nieznośni, jakie problemy mają dwudziestolatkowie przed trzydziestką, którym jako tako udało się w muzyce. Kolejny album o tym jak zajebiście jest być raperem w Stanach, o kobietach, o pieniądzach, o tych wszystkich rapowych imprezach, które nigdy się nie odbyły. Jedno szalone, błędne koło napędzane smutkiem i jednocześnie byciem „cool”. Sam nie wiem czy bardziej umęczyłem się przy tematyce i wsłuchiwaniu w dokładne te same opowieści słyszane od kolejnego rapera czy okrutną formą podania.

Sytuację odrobinę ratuje warstwa muzyczna, która, o dziwo, jest bardzo słuchalna. Oczywiście, nie ma tutaj żadnej rewolucji ani nawet ewolucji. Ot tona basu, dorzucona garść hi-hatów, a potem rollercoaster ckliwego pianinka i smutnych syntezatorów z domieszką groźnych przygrywek i bangerowych aspiracji bardzo wyraźnie inspirowanych stylem innych graczy. Na koniec zalejmy to wszystko jeszcze monotonnym flow i oceanem gości, którzy czasami po prostu wypierają gospodarza z utworu, po czym zaczynamy się zastanawiać kto u kogo jest gościem. Dawno czegoś takiego nie słyszałem, ale dobrze wiedzieć, że są jeszcze zawodnicy, którzy nie potrafią okiełznać własnej płyty.

Jestem bardzo zaskoczony, że ktoś z tak prostym warsztatem, tak absolutnie brakiem osobowości i pomysłu, potrafi kręcić takie cyferki na YouTube czy w ogóle sprzedawać płyty. Ot kolejny pop-rapowy pseudogroźny twór, jakich było już na pęczki. Młode dziewczyny będą zadowolone, chłopaki ogolone po bokach też, kasa będzie się zgadzać, teoretycznie wszyscy są zadowoleni. Ta płyta gdzieś utonie w zapomnieniu, na szczęście mamy 2015 rok, który dostarczył nam naprawdę masę świetnych płyt i może taka mała dawka miałkości pozwoli nam trochę z tej ekscytacji i serii genialnych wydawnictw troszeczkę otrzeźwieć.

Komentarze

komentarzy