Recenzja: Anderson .Paak Malibu

Data: 3 lutego 2016 Autor: Komentarzy:

anderson-paak-malibu-cover_uq6gzn

Anderson .Paak

Malibu (2016)

Steel Wool / OBE

Miniony rok był zdecydowanie rokiem Andersona .Paaka. Wydatny udział na Compton Dra Dre i wspólna epka z Knxwledgem jako NxWorries oraz krótki materiał z Blended Babies i gościnny udział na Documentary 2.5 sprawiły, że właściwie nieznany do tej pory szerszej publiczności wokalista — przecież też nie debiutant, bo w 2014 roku wyszedł jego pierwszy album, stał się tym, na którego nową płytę wszyscy czekali z zapartym tchem. Pojawiające się co jakiś czas single jeszcze skuteczniej podbijały hype na młodego artystę i zwiększały oczekiwania. Teraz kiedy album jest już w sklepach, można odpowiedzieć sobie na pytanie, czy warto było czekać?

To może sugerować, że zaraz napiszę, iż jednak zupełnie przeliczyli się wszyscy ci, którzy czekali na świetny krążek, bo większość materiału jest przeciętna i w ogóle nie warto po niego sięgać. Nic bardziej mylnego. Malibu jest w moim przekonaniu rzeczą zdecydowanie dojrzalszą, pełniejszą od wypuszczonego dwa lata temu Venice. .Paak wreszcie się stylowo określił. Na poprzednim krążku w wielu numerach, a to śpiewał, a to rapował, łącząc jedno z drugim do tego stopnia, że trudno było stwierdzić, kim właściwie jest — raperem czy soulowym wokalistą. Malibu pokazuje, że jednak zdecydowanie bardziej odpowiada mu druga opcja, choć od rapowania też nie stroni, jak na przykład w „The Waters”, w którym gościnnie udziela się BJ the Chicago Kid, świetnie uzupełniając kawałek swoim charakterystycznym wokalem. „Without You” to też czysto hip-hopowy track bez żadnych domieszek. A to i tak nie wszystko, bo Anderson .Paak nie jest zwyczajnym artystą. Szczerze mówiąc, nigdy nie wyobrażałem go sobie w czysto funkowym numerze, a tu takie zaskoczenie — w „Come Down” słychać bardzo mocną inspirację Jamesem Brownem.

Malibu to płyta bardzo osobista. Chłopak nie miał łatwo — był synem matki farmerki-hazardzistki i ojca więźnia. Zna znaczenie ciężkiej pracy i robi, co może, aby piąć się w górę. Tego typu zwierzenia już na początku płyty od razu zbliżają słuchacza do artysty. Zresztą później też często opowiada o sobie, przypomina czas, w którym był bezdomny i ledwo wiązał koniec z końcem, aby zapewnić byt rodzinie i dziecku. Teraz dzięki sukcesowi jego stan posiadania oczywiście się poprawił, ale on wciąż twardo stąpa po ziemi i nie zabiega o sławę, bo po obserwacji swoich idoli wie, jak może się ona skończyć. W „Celebrate” pomimo ciężkich przejść cieszy się tym co ma — synem i rodziną, by chwilę później, w „The Dreamer”, jak sam tytuł wskazuje, pokazać, że warto marzyć i nie dawać się przeciwnościom losu. Taki przekaz potrafi wywołać radość na twarzy. Tematyka imprezowa i damsko-męska też się oczywiście pojawia, na przykład w „Heart Don’t Stand a Chance”, ale tego typu numerów jest więcej, bo związek to nie tylko kwiatki i serduszka, jak w singlowym „Room in Here” — to także relacja, która daje upust masochistycznym skłonnościom, jak to zostało opisane w „Put Me Thru”.

Nie będę ukrywał, że słucha się tego wszystkiego cudownie. Nie tylko ze względu na Andersona — warstwa muzyczna współtworzona również przez niego samego, jest porywająca nie mniej niż główny bohater. Nowe kontakty, które .Paak zdążył już sobie wyrobić w biznesie, procentują. Na płycie wspomagają go takie tuzy jak DJ Khalil, 9th Wonder czy Madlib. Ale i tak najbardziej jestem zadowolony z tego, że wraz z tym wydawnictwem swój powrót na scenę potwierdził Hi-Tek, który niedawno zrobił też świetny bit na Indie 500. To właśnie on odpowiada za produkcję w „Come Down”. Cała płyta jest w zasadzie przepełniona nawiązaniami do różnych lat i stylów muzycznych. „Light Weight” może się mocno kojarzyć z Georgem Clintonem, a wspomniane już „Room in Here” trzyma się klimatów lat 30-tych, co od razu wywołuje skojarzenia z L’Orangem, jako że podkład brzmi tak, jakby był wyjęty z jego empecetki. Tu akurat za produkcję odpowiada Like na co dzień związany ze składem Pac Div. Natomiast w „Celebrate” słychać wyraźne odniesienie do lat 50-tych i 60-tych, brakuje więc tu tylko Raphaela Saadiqa z czasów sesji nagraniowych na Stone Rollin’. W sumie dostajemy szesnaście różnych odcieni czarnej muzyki, ale co najważniejsze, podczas odtwarzania w ogóle nie czuje przesytu. Po prostu mimo sporej ilości muzyki, wszystko wydaje się być idealnie zbalansowane. Co równie istotne, każdy z pojawiających się tu gości pięknie wykonuje swoją robotę i nie przyćmiewa gospodarza. Wspominałem już o BJ-u the Chicago Kidzie, ale największym zaskoczeniem jest dla mnie The Game, który za każdym razem stylizuje się na artystę, na którego płycie aktualnie nawija albo na kogoś, komu muzykę robił producent, na którego bicie akurat rapuje. Tutaj na szczęście nie ma to miejsca i The Game wreszcie brzmi jak The Game. Zresztą nie miałby się chyba po co podczepić, bo śpiewanie nie jest jego mocną stroną. Poza tym świetne zwrotki nawijają również Rapsody i Talib Kweli, a Schooloby Q zalicza bardzo żywiołowe wejście.

Malibu to po prostu znakomity materiał, jak najbardziej wart wszystkich pozytywnych recenzji, jakie dostaje w zagranicznej prasie. Jeśli cały rok miałby muzycznie brzmieć tak dobrze, jak ta płyta, to już nie mogę się doczekać, co nowego nam przyniesie tych jedenaście miesięcy. Tak samo jak nie mogę się doczekać kolejnych kawałków Andersona, bo pokazuje, że ma niesamowity zmysł muzyczny, miesza style, mając za nic ograniczenia. To z kolei każe przewidywać, że jeszcze nieraz nas zaskoczy.

Komentarze

komentarzy