Recenzja: Pusha T Darkest Before Dawn: The Prelude

Data: 9 lutego 2016 Autor: Komentarzy:

pusha-t-darkest-before-dawn

Pusha T

Darkest Before Dawn: The Prelude (2015)

GOOD Music / Def Jam

„Jestem reinkarnacją Notoriousa, jestem Jayem-Z z lat dziewięćdziesiątych” — stara się nam przekazać Pusha T za pomocą praktycznie każdego utworu na Darkest Before Dawn: The Prelude. Sygnały na ten temat otrzymywaliśmy od niego jeszcze za czasów nagrań w duecie Clipse, a teraz na etapie drugiej solówki jest to już tak jasne, że bardziej być nie może. Czy można mu to mieć jednak za złe?

Nie można. Patrząc na ogół popularnych obecnie raperów nie brakuje nam postaci z uliczno-dilerskim rodowodem, ale ile z nich tak naprawdę przekuwa go w interesującą kreację? Freddie Gibbs potrafi, ale czasem brakuje mu tej dobitności, przegotowujących się emocji, smykałki do wystrzelenia z siebie pamiętliwej metafory niczym armatniej salwy. Te cechy właśnie posiada Push i to go czyni względnie najbliższym duchowym następcą Biggiego. Wciąż brakuje mu pewnej komplementarności, umiejętności opowiedzenia całej historii zamiast zbioru epizodów. Nie najlepiej bywa, kiedy raper próbuje nadać odmienny ton poruszając się na obrzeżach swojej strefy komfortu — zamykający album utwór z Jill Scott w roli Niny Simone miał zapewne stanowić epickie zwieńczenie albumu, ale nie do końca poszło to po myśli autora. Tylko co z tego, kiedy one-linery jeden za drugim proszą się o wpisanie do kajetu z najlepszymi linijkami 2015 roku? Pusha T konsekwentnie buduję swoją znaną od lat mitologię, nie próbując ukryć jej oczywistych fundamentów — a wręcz eksponując je follow upami, a nawet bezpośrednimi samplami wokalnymi w „Untouchable”.

Tym, co jeszcze bardziej zbliżyło Terrence’a Thorntona do swych poprzedników, jest warstwa produkcyjna. Chociaż pojawiają się tutaj popularni aktualnie beatmakerzy tacy jak Metro Boomin’, Boi-1da czy Baauer, to nie oni dyktują tutaj zasady. Najbardziej błyszczą tutaj Puff Daddy wraz z kolegami z The Hitmen, którzy odświeżają swoje własne, Badboyowe brzmienie rodem z „Life After Death” Biggiego. Nieprzypadkowo pojawia się tutaj także Timbaland. Może i wyręczany przez podwykonawców, ale w jakiś sposób okazujący nam swoje pokraczne, elektroniczne początki — w ten sposób budując analogię do woluminowej trylogii Hovy z lat 97-99.

Moc dwóch gigantów nowojorskiego hip hopu jest silna w nie tak młodym już padawanie z Virginii. Inspiracja tam w żadnym jednak przypadku nie nabiera kolorów chorej fascynacji. Jest to zdrowa i smaczna odpowiedź na istniejące zapotrzebowanie w kręgach słuchaczy, do tego nieźle wypadająca w kontekście debiutu z 2013 roku. Jak na preludium do tego właściwego krążka z tytułem King Push (premiera podobno już na wiosnę), materiał radzi sobie całkiem nieźle. Zakładając, że zgodnie z logiką następny projekt powinien być jeszcze lepszy, Puszatego czeka nie lada wyzwanie. Niech Biggie ma go w swej opiece.

Komentarze

komentarzy