Recenzja: Jono McCleery Pagodes

Data: 11 lutego 2016 Autor: Komentarzy:

Jono McCleery

Pagodes (2015)

If Music

Od czasu swojego debiutu Jono McCleery wyrósł z roli romantycznie zatroskanego chłopca z gitarą. Nie wyrwał się jednak z folkowych korzeni, znalazł za to sposób na doskonale lekkie wyważenie muzycznych proporcji. Na swoim trzecim albumie prezentuje się jako artysta świadomie i rozważnie sięgający po rozmaite formy, dźwięki oraz inspiracje. W efekcie Pagodes to dwanaście kroków prowadzących do krainy łagodności podszytej intrygującym niepokojem. Jono balansuje tu między akustyczną delikatnością gitary, pianina i instrumentów smyczkowych a przyjemnym chłodem elektronicznych sampli, ocierając się o jazz i zaglądając w trip hopowe zakamarki. Składa kompozycje tak, że stają się muzycznym ekwiwalentem ciszy przed burzą, całe napięcie zamykając w niestrudzenie powściągliwym opakowaniu. Jego łagodny głos, niczym wokalny kameleon, przybiera barwy przywodzące na myśl Johna Frusciante w „Bet She Does”, José Jamesa w „Fire In My Hands”, czy nawet Chrisa Martina w „So Long”. Teksty McCleery’ego rozciągnięte od sfery uczuć po codzienne, społeczne problemy ubrane są w rozemocjonowaną, tęskną poetyckość.

Tak jak jego wielokolorowa, dająca szerokie pole do interpretacji okładka, cała zawartość wydawnictwa wyprodukowanego z pomocą Tima Rowkinsa i Royce’a Wooda Juniora nie poddaje się z łatwością rozłożeniu na czynniki pierwsze i dokładnej kategoryzacji. Poszczególne elementy płynnie przechodzą jedne w drugie, wciągając słuchacza w hipnotyzujący półsen dźwiękowej układanki. W tym delikatnym, przejściowym czasie między rozkojarzoną zimą a niepewną wiosną, kiedy muzyka powinna być zapisywana na receptach zamiast antydepresantów, Jono i jego Pagodes zdaje się być lekiem na wszelkie przyziemne problemy.

Komentarze

komentarzy