Recenzja: Wiz Khalifa Khalifa

Data: 20 lutego 2016 Autor: Komentarzy:

Wiz Khalifa

Khalifa (2016)

Taylor Gang / Rostrum / Atlantic

Wiz zawsze imponował niesamowitym feelingiem, dobrym głosem, umiejętnością śpiewania i przekładania tego na potężną dawkę vibe’u w swoich numerach. Nie ulega wątpliwości, że chudzielec ma dar do tworzenia hitów i bujających numerów. Po ostatnim, dość udanym Blacc Hollywood przycichł z legalnymi wydawnictwami, by skupić się nad kontynuacją fantastycznego Rolling Papers. Khalifa to legal, który sam zainteresowany opisuje jako wstęp do RP2. Niestety ta przystawka jest przeciętna i lepiej poczekać na danie głównie.

W przypadku Khalify nuda to słowo-klucz. Szóste oficjalne wydawnictwo składa się z trzynastu utworów, ale tylko kilka jest w ogóle wartych odsłuchu. „Elevated” to prawdziwy kozak, do którego możemy dołożyć dobre „Most of Us” czy „City View” z Courtney Noelle. Trzeba jeszcze doliczyć końcówkę „Zoney”, gdzie raper prowadzi sympatyczny dialog ze swoim małoletnim synem i właśnie na tym pozytywy się kończą. Oczywiście występują tu momenty, kiedy Cameron przyśpiesza, podśpiewuje, nuci lub wydaje różne dźwięki ze swojej przepony, ale… on to robi zawsze — to zresztą jego największa siła. Tutaj występuje podobne zjawisko, ale wszystko jest zbyt banalne, zbyt proste, zbyt przewidywalne. Nuda. Wiz tłumaczy, że część numerów jest z okresu pracy nad Rolling Papers 2 i to również jest zbyt proste wytłumaczenie. Po co więc publikować odrzuty i okraszać je legalną naklejką? Khalifa sprawia wrażenie wielkiego kotła, do którego członek Taylor Gangu wrzucił każdego produktu po trosze, zamieszał i zostawił na ogniu. Ostateczna forma jest rwana i nie ma jednoznacznego kształtu. Próby autobiografii, kiedy już zaczynają wciągać, natychmiast zostają przerwane przez starego Wiza krzyczącego ze śmiechem „so hiiiigh”. W efekcie ciężko dobrze wejść w tę płytę.

Poprzedni album — Cabin Fever III — ukazał się w grudniu, ale chyba nikt już o nim nie pamięta. Prawdopodobnie długo nie będzie nikt również wspominał Khalify. Kilkukrotne słuchanie tej płyty w celu szukania pozytywów kończy się na spoglądaniu w kierunku playera z pytaniem, ile zostało jeszcze do końca danego utworu. Nuda. Na bitach pojawili się m.in. ID Labs, Knucklehead czy SAP i zrobili nowoczesne, lekkie, wizowe, ale koniec końców aż nazbyt zwyczajne produkcje. „Celebrate” jest miałkie, „BTS” przeciętne do bólu, przez co wywołuje nawet lekką irytację, a „Bake Sale” bardziej nadawałoby się na materiał Rodeo Travisa Scotta, który zresztą udziela się gościnnie w tym numerze. Na szczęście Khalifa nie zapomniał jak się rapuje, nie stracił wokalnych umiejętności w przeciągu od Blacc Hollywood i dalej potrafi okiełznać każdy rodzaj muzyki, pod jaką przychodzi mu nagrywać. W tym jest bezsprzecznie rewelacyjny, ale ten album nie zmieni w jego dyskografii nic. Nic.

Wstydź się, Khalifa. Odpuść jeden, drugi, trzeci album czy mixtape i wyselekcjonuj nagrywki, a będziesz w stanie wypuścić produkcję, do której będzie się wracało często i z przyjemnością. Tymczasem dwie ostatnie to wstrętne zapychacze z mikroskopijnymi, słonecznymi momentami. Zremixowanie „Hello” Adele w radiu wciągnęło te dwa albumy bez żadnych problemów, a też było o jaraniu. Tylko w jakim stylu! Wiz, „see you again”, oby tylko przy okazji lepszej płyty.

Komentarze

komentarzy