Recenzja: KING We Are KING

Data: 26 lutego 2016 Autor: Komentarzy:

KING

We Are KING (2016)

KING Creative

Po błyskotliwej trzyutworowej epce, w której swego czasu zasłuchiwali się między innymi Prince czy Erykah Badu, i upływie pięciu kolejnych lat, trio KING wreszcie w pełni rozwija skrzydła na debiutanckim longplayu. We Are KING jak mało który album w ciągu minionej dekady zręcznie i kreatywnie wykorzystuje potencjał klasycznego quiet stormu. Krążek brzmi zupełnie tak, jak gdyby zebrać najlepsze pościelówy z całej kariery Janet Jackson — od „Funny How Time Flies” po „No Sleeep” — i z fenomenalnym wyczuciem zrobić z nich koncepcyjną płytę.

Uwodzicielskie wokale dziewcząt znakomicie spleciono tu w całość z kojącymi, syntezatorowymi, ale jednak organicznie brzmiącymi aranżami pod inkrustowaną srebrzyście tlącymi się gwiazdami niebieską kopułą nieśpiesznej i na wpół wyśnionej przeprawy po nieboskłonie o czwartej nad ranem. Przeprawy, która nieuchronnie ciągnie słuchacza w kierunku sypialni. Ale mimo wszechobecnego oniryzmu niewątpliwie wiodącego prym wśród dwunastu numerów na krążku, trudno zmrużyć oko, gdy za wielowarstwowymi wokalami i artystycznie przymgloną produkcją ukryte są perfekcyjnie przebojowe popowe melodie — począwszy od otwierającego płytę jednego z jej najbardziej upbeatowych momentów „The Right One”, przez kojące „Carry On” rytmicznie osadzone jeszcze w latach 60., ale wokalnie do złudzenia przypominające najlepsze ballady Aaliyah, aż po zdobione prince’owskim gitarowym riffem i charyzmatyczną sekcją dętą „Oh, Please!”. We Are KING wygrywa jeszcze na jednym polu — w tylko sobie właściwy sposób jest jednocześnie klasyczne i nowoczesne, chwytając za rogi nową falę R&B i kłaniając się w pas dawnym mistrzom.

Komentarze

komentarzy