Recenzja: Kendrick Lamar untitled unmastered

Data: 9 marca 2016 Autor: Komentarzy:

kendrick-lamar-untitled-unmastered-surprise-new-album-compressed1-compressed

Kendrick Lamar

untitled unmastered (2016)

Aftermath/Interscope/TDE

Dramat 28-latka z Compton: chciał wydać niezobowiązującą składankę z odrzutami, a krytycy wraz ze słuchaczami i tak padli na kolana, ogłaszając materiał jego kolejnym wybitnym dziełem, osiągnięciem współczesnego hip hopu.

Może trochę przesada z tym dziełem, ale faktycznie untitled unreleased nie pozwala sobie na zlekceważenie. Tak, jest to zestaw pozbawionych wspólnego szerszego kontekstu, dublujących poruszane wcześniej tematy, być może naprawdę niedopracowanych piosenek. W rzeczywistości twór ten faktycznie jest jednak w stanie ustać na własnych nogach, a nawet zauroczyć jakimś aspektem kogoś nie do końca usatysfakcjonowanego dopieszczonymi good kid, m.A.A.d cityTo Pimp A Butterfly.

Tamtych najlepiej słuchało się od deski do deski. Tutaj nie jest to obowiązkiem, a wręcz zachęcam do samodzielnego jauntowania po tej półgodzinnej sesji. Z boom-bapowej apokalipsy w „Untitled 1” prosto do inspirowanego p-funkiem „Untitled 8”. Po drodze zahaczyć o tętniącą lekką sambą odę do indywidualności („Untitled 6” z zupełnie niespodziewanym udziałem Cee Lo Greena), po czym włączyć „Untitled 3” i być jak „to przecież ten świetny występ z programu Colberta”! Albo „Untitled 2” znajdujące złoty środek między fascynacją jazzem, a strukturą współczesnego hiphopowego trap-bangera. Nie zapominając też o „Untitled 5” wywołującym tęsknotę za The Roots w ich szczytowej formie. Nie wiem jednak równie entuzjastyczne będą moje powroty do na przykład „Untitled 4” — przerywnika trochę nie zrozumiale umieszczonego na raptem półgodzinnym materiale. Podobna sytuacja z końcową partią „Untitled 3” — pozornie improwizowaną balladą będącą muzycznym meta-żartem z raczej niezbyt długim terminem ważności, jeśli chodzi o replay value.

Na untitled unmastered skutecznie polega się na swoich niewątpliwie mocnych momentach — czasem tak mocnych, że niewiarygodne jest dla nas stawianie ich w jednym zdaniu ze słowem „odrzut”. Paradoksalnie żaden z utworów nie wywołał u mnie jednak żalu związanego z nie-trafieniem na ten właściwy projekt z 2015 roku. Genialne To Pimp A Butterfly wciąż nie wymaga naprawy, a niewykorzystane wówczas podzespoły wcale nie zasłużyły na utonięcie w odmętach archiwalnego kurzu. Pozostaje tylko podziękować K-Dotowi, a także Le Bronowi Jamesowi, bez którego nacisków składak ten podobno nie ujrzałby w ogóle światła dziennego. Pimp Pimp Hurray!

Komentarze

komentarzy