Recenzja: BJ the Chicago Kid In My Mind

Data: 13 marca 2016 Autor: Komentarzy:

BJ the Chicago Kid

In My Mind (2016)

Motown

Kto z nas w przeciągu ostatnich kilku lat nie spędził niezliczonych minut na bujaniu się przy „Studio” Schoolboya Q czy „Down for You” Kehlani? Integralną częścią wspomnianych i wielu innych przebojowych pozycji wyprodukowanych na przestrzeni trwającej drugiej dekady XXI wieku jest Bryan James Sledge, znany szerszej publiczności jako BJ the Chicago Kid. Po ponad dziesięciu latach pracy za plecami innych artystów i stopniowego wwiercania swojego aliasu w fundament przemysłu muzycznego, debiucie długogrającym z 2012 roku zatytułowanym Pineapple Now-Laters dla wytwórni M.A.F.E Music i pokaźnej ilości gościnnych występów, ostatnie kilkanaście miesięcy przyniosły wokaliście kontrakt w legendarnym gigancie Motown i drugi album solowy In My Mind będący dla BJ-a w rzeczywistości pierwszą dużą próbą ugruntowania swojej pozycji, zarówno rynkowej, jak i artystycznej. Niestety na tym etapie kariery artysta zdaje się być więźniem refrenów cudzych kompozycji zagubionym w krzątaninie pomysłów niescalonych jakąkolwiek koherentną wizją.

Krążek cierpi na wiele dolegliwości i dostrzeżenie każdej z nich jest równie bolesne, zważywszy w szczególności na niewątpliwy potencjał wokalny gospodarza. Nie sposób oprzeć się wrażeniu, że jedynym bezbłędnie zrealizowanym utworem jest „The New Cupid” z niezawodnym Kendrickiem Lamarem, który swoją obecnością zdaje się zamieniać wszystko w złoto. Z bębnów brud można zdzierać garściami, wykonanie ze strony BJ-a tryska vibe’m i niesłychaną energią, a wspomniany Kendrick po raz kolejny udowadnia z jakiego kalibru artystą mamy do czynienia. Lamar prezentuje się elegancko i z gracją, ale nie przyćmiewa Sledge’a, dopełniając ten potężny numer swoją porywającą zwrotką. Kolejnych zalet można doszukiwać się jedynie w poszczególnych fragmentach pozostałych utworów, a najbliżej do miana kompletych takim pozycjom jak „Wait Til the Morning”, które swoją zjawiskową przebojowością maskuje nadmierne dążenie w kierunku radiowego popu i kilka średnio trafionych brzmień, oraz końcówka albumu w postaci bogatego i nieszablonowego rytmicznie „Crazy”, które dzięki podkładowi pozwala zapomnieć o coachingowym niemalże tekście. Wyróżnić można także retrospektywne „Home” z żywą, pulsującą warstwą muzyczną czy balladowe, delikatne „Falling on My Face”.

Pozostała część projektu to albo naprawdę mocne, a niestety zmarnowane instrumentale, takie jak uderzająco kalifornijskie „Man Down” czy „Church” z udziałem Chance’a the Rappera, albo miałkie, beznadziejne kompozycje, które z szyderczym uśmiechem można podzielić na nieudane inspiracje ostatnimi albumami Kanyego Westa i paskudne odrzuty z Disneyowskich ścieżek dźwiękowych. „Shine” to prawdopodobnie jeden z najbardziej bolesnych momentów In My Mind, gdzie patos nienaturalnie napompowano do tego stopnia, że ściany pokoju zaczynają przeistaczać się w animowane projekcje z kolejnej nieciekawej i biednej fabularnie bajki. Co do odcisku Yeezy’ego — jest na albumie naprawdę odczuwalny, ale trudno mówić o jego poprawnej egzekucji. Oprócz narracji mającej budzić skojarzenia z My Beautiful Dark Twisted Fantasy dostajemy tutaj m.in. pseudo-przestrzenne „The Resume”, w którym w ciągu sześciu minut praktycznie nic się nie dzieje, a brzmienie zakrawa raczej o farsę. Dodajmy do tego totalnie zaniedbaną, momentami niestrawną warstwę tekstową i rezultatem końcowym jest naprawdę źle poprowadzony krążek.

Potencjał był i spokojnie można stwierdzić, że nigdzie nie wyparował. Jednak to co dzieje się na drugim studyjnym materiale BJ-a the Chicago Kida to chaotyczna gmatwanina kilku świetnych produkcji, pojedynczych niezłych pomysłów i zupełna dominacja braku generalnej koncepcji na to, jak ten album miał brzmieć. Przyzwoite refreny giną tu w gąszczu beznadziejnych zwrotek, przestrzeń, którą można było wycisnąć z niejednej warstwy instrumentalnej, dusi się w nadmiarze niedbale wyselekcjonowanych brzmień, a wokalista, który miał porywać, tak jak podczas swoich występów gościnnych, czasem wręcz męczy brakiem charyzmy, słabymi tekstami i odbijaniem jednej stylistyki od drugiej. Pozytywne aspekty longplaya nie pozwolą jednak na całkowite skreślenie artysty — jest to w końcu jeden z najciekawszych głosów współczesnego R&B i takie numery jak „The New Cupid” czy „Crazy” nadal dają mu pewien kredyt zaufania.

Komentarze

komentarzy