
Mýa
Smoove Jones (2016)
Planet 9

Smoove Jones to pierwszy krążek Mýi od ponad pięciu lat. Po nieprzyjemnościach z Universal Motown i Interscope wokalistka zdecydowała się na wydawanie swoich płyt niezależnie, choć materiał zarejestrowany na Sugar & Spice czy K.I.S.S. nie różnił się zbytnio od poprzedniej twórczości artystki. Zmieniło się tylko jedno — Mýa, która robi nie mniej i nie więcej niż przykładowo Faith Evans, ginie w oczach mediów z roku na rok. Trochę boli mnie ta niesprawiedliwość, ale są rzeczy na które przeciętny słuchacz nie ma wpływu.
Poprawnie i bezpiecznie. Tak w dwóch słowach można by określić ostatni krążek Mýi. Smoove Jones zaczyna się naprawdę nieźle. Już delikatnie wibrujące jednominutowe intro, które przeradza się w bujne „Welcome to My World” wprowadza nas w świat pościelówek, które przywołują na myśl pierwsze płyty wokalistki. Dalej Mýa płynie równie swobodnie, trzymając się co prawda starych i sprawdzonych rozwiązań, ale przynajmniej nie wychodzi poza granice kiczowatego R&B z domieszką eurodance’u czy elektroniki. „Hold On”, „Elevator” czy „Team You” to kilka momentów, które choć odrobinę wyróżniają się na tle pozostałych nagranych jakby zachowawczo. Trwa to w sumie niecałe 40 minut — taka dawka nie powinna nikogo zmęczyć, a jest w zupełności wystarczająca, by przekonać się, że piosenkarka jakby zatrzymała się w poprzedniej dekadzie, a ten krążek absolutnie nie zmieni oblicza dyskografii wokalistki. Smoove Jones można raczej sprawdzić z sentymentu do „Case of the Ex” czy „My Love Is Like…Wo” niż w poszukiwaniu odpowiedników tych największych przebojów Mýi.


Komentarze