Recenzja: Tweet Charlene

Data: 6 kwietnia 2016 Autor: Komentarzy:

Tweet

Charlene (2016)

eOne Music

Czternaście lat po premierze flagowego „Oops (Oh My)” Tweet nie ma w sobie nic z dawnej zadziorności — nie tylko zamieniła różowy futrzany kaszkiet na elegancką wieczorową suknię, ale teraz przedstawia się, używając swojego pierwszego imienia — Charlene (co zrozumiałe w czasach, gdy słowo tweet kojarzy się masom raczej z Twitterem). Naturalne jest też to, że 44-letnia dziś piosenkarka nie kontynuuje wprost muzycznej ścieżki sprzed dekady, ale nagrywa krążek dla neo-soulowych konserwatystów, dla których nadal ważna jest rytmika, ale raczej spod znaku quiet stormu aniżeli „Formation” Beyoncé. I znakomicie, problemem jest jednak to, że trudno nazwać Charlene pierwszorzędnym moodsetterem. Album ma swoje momenty — jak nienachalnie przebojowy zeszłoroczny singiel „Won’t Hurt Me” czy łączące funk-rockową energię i koktajlowy bit „Neva Shouda Left Ya”, a nie sposób też nie wspomnieć o na wpół udanej próbej odtworzenia fenomenu „Oops (Oh My)” przy pomocy dość śmiałego, ale opartego na trueschoolowym samplu bitu w „Somebody Else Will” (oczywiście z gościnnym udziałem Missy Elliott). Ostatecznie jednak krążek jest zbyt poszarpany i nierówny, a za mało melodyjny, by móc zatopić się w nim bezwiednie jak w tegorocznej płycie KING — Tweet nadal bezbłędnie koi głosem, ale jej nowym kompozycjom zbyt często brakuje subtelności, przez co Charlene słucha się trochę jak albumu THEEsatisfaction, ale pozbawionego koncepcyjnego szaleństwa i świdrującej psychodelii. Spójrzcie jeszcze raz na okładkę Charlene — już w pozie Tweet widać, że zamieniając różowy futrzany kaszkiet na elegancką wieczorową suknię, zupełnie niepotrzebnie stała się posągowa i deklaratywna.

Komentarze

komentarzy