Recenzja: Gallant Ology

Data: 20 kwietnia 2016 Autor: Komentarzy:

Gallant

Ology (2016)

Mind of a Genius

Przy szesnastu utworach na debiutanckim krążku trudno było Gallantowi odrobinę nie pobłądzić. Mimo wszystko piosenkarzowi udało się wyjść z przedsięwzięcia obronną ręką — chociaż Ology nie jest krążkiem totalnym, na który wielu po cichu liczyło po rewelacyjnym zeszłorocznym singlu „Weight in Gold” i zręcznej epce Zebra z 2014 roku, niewątpliwie ujmuje niekwestionowany talent wokalny piosenkarza w zgrabne ramy.

Wyczucie stylu i dobre refreny. Tak w telegraficznym skrócie można podsumować istotę płyty — od post-maxwellowskiego „Talking to Myself” z atrybutami soulu lat 80. (saksofonem i gitarą elektryczną spod znaku Prince’a) zręcznie wpisanymi w nowobasowy bit, przez połączenie nowoczesnej rytmiki i rasowej popowej melodii jakby wykradzionej z katalogu Jodeci w „Bone + Tissue”, po klasycznie zaaranżowany pościelowy duet z Jhené Aiko w „Skipping Stones” — Gallant z wielką wprawą czaruje słuchaczy. Procentuje też ścisła współpraca produkcyjna z STINT-em, który charakterystyczne połączenie klasycznego quiet stormu przełomu lat 80. i 90. z bardziej elektronicznym, a momentami wręcz UK bassowym zacięciem umiejscowił między mainstreamowym popem a alternatywnym R&B, podobnie jak przed kilkoma laty zrobił to The Weeknd. Gallantowi wokalnie i stylistycznie bliżej jest jednak na szczęście do wspomnianego już Maxwella — jego muzyczne wzorce są bardziej wyraziste, niekiedy wręcz dosłowne („Chandra”, „Miyazaki”), co można odbierać dwojako.

Na ambiwalentną percepcję Ology składa się też w dużej część sam dobór utworów — Gallant podszedł zbyt liberalnie do selekcji nagrań — przy 52 minutach trudno nie odnieść w kilku punktach wrażenia, że album jest, zupełnie niepotrzebnie, o kilka numerów za długi, a sam Gallant już w połowie albumu zaczyna powtarzać te same patenty. Mimo tego wobec wokalno-muzycznej ekwilibrystyki Gallanta nie da się pozostać obojętnym.

Komentarze

komentarzy