Wydarzenia

Recenzja: J Dilla The Diary

Data: 24 kwietnia 2016 Autor: Komentarzy:

PJ007-LP-SLEEVE

J Dilla

The Diary (2016)

Mass Appeal / Pay Jay Productions

Nawyrastało ostatnio pośmiertnych albumów J Dilli jak grzybów po deszczu. Wiadomo, że często tego typu inicjatywy kończą się źle, bo ludzie, którzy się w nie angażują, zazwyczaj robią to dla kasy, żeby dorobić się na legendzie, że wspomnę tylko 2Paca i jego kolejne nowe nagrania. Na szczęście w przypadku Dilli jest inaczej, bo pomimo tego, że płyt rzeczywiście jest coraz więcej, nad wszystkim pieczę trzyma mama zmarłego w 2006 roku producenta i dzięki temu kolejne wydawnictwa nie schodzą poniżej pewnego poziomu. Podobnie jest i tutaj, choć można się do paru rzeczy przyczepić.

Zacznijmy od tego, że The Diary to legendarna solówka Jaya, która miała wyjść w 2002 roku nakładem MCA Records, czyli dzisiejszego Geffena. Coś jednak nie zagrało i materiał wylądował w szafie. W 2008 roku duża część tego, co zostało nagrane, wyciekła do sieci. Mamy zatem do czynienia z odgrzewanym kotletem. Są oczywiście pewne różnice — na przykład „The Anthem” na zbootlegowanej wersji ma bit zrobiony przez Kanyego Westa, podczas gdy ostatecznie Dilla nawija pod swoją produkcję. No i na oficjalnym materiale jest więcej kawałków. Jednak nie da się ukryć, że sporą część tego już gdzieś słyszeliśmy i tu jest właśnie pies pogrzebany. „Fuck the Police” to znany już przecież singiel wydany swego czasu bodajże przez BBE, w tym samym czasie, w którym wyszło Welcome 2 Detroit. Poza tym o parę innych numerów też już się tu i ówdzie potykaliśmy. Tak było z „Trucks” i obydwiema częściami „The Shining”. Co ciekawe, bit do tytułowego utworu znalazł się na Legend of the Liquid Sword GZA w numerze „Animal Planet”.

Za produkcję odpowiada ekstraklasa — między innymi Nottz, Bink!, Pete Rock, Hi-Tek oraz rzecz jasna sam Dilla. Krążek jest muzycznie bardziej żywiołowy — dużo tu bangerów, przez co takich nieco bardziej chilloutowych numerów (jak kojarzące się z Soul Survivour 2 „The Ex”) przydałoby się więcej. Poza tym większość tracków nie przekracza trzech minut. Kończą się więc dosyć szybko, przez co i całość nie jest zbyt długa. A propo „The Ex” to tak jak i ten kawałek, również cała płyta jest trochę w klimacie retro. Niech świadczy o tym obecność niesłyszanego od dawna na płytach rewelacyjnego przecież beatmakera — Supa Dave’a Westa, a brzmienie „Gangsta Boogie” jest dokładnie takie, jakby było wyjęte z czasów, w których Hi-Tek współpracował chociażby z udzielającym się tu gościnnie Snoopem czy z Tha Eastsidaz. Dilla w takiej lekko G-funkowej stylistyce całkiem nieźle się odnalazł.

The Diary w założeniu miało być zrobione dla szerszego odbiorcy, dlatego też nie ma się co spodziewać głębokich socjologicznych komentarzy. Dużo tu bragga, jest imprezowo, są nawijki o pannach, czyli de facto standard. Ale z drugiej strony zarówno Dilla, jak i stary skład Slum Village też specjalnie nie wchodzili w różnorodną tematykę. Jedynie w „Fuck the Police” słychać odejście od schematu i byłoby to jakieś zaskoczenie, gdyby nie właśnie to, że już dawno znamy ten kawałek i duża część fanów pewnie nauczyła się tekstu na pamięć. Niemniej jednak Dilla na The Diary potwierdza, że wśród rymujących producentów do tej pory plasuje się w czołówce.

Na tym właściwie można by poprzestać. The Diary to po prostu niezły materiał, ale mimo obecności wielu klasowych nazwisk, na pewno nie tak dobry jak wspomniane Welcome 2 Detroit, które wyszło przecież chwilę wcześniej przed tym jak miała się ukazać ta płyta. To być może kwestia zbyt długiego przeleżenia nagrań w szafie. Na pierwszej solówce Dilli było więcej eksperymentów, tutaj mamy do czynienia z normalnym albumem, w którym Jay chciał się przede wszystkim zaprezentować jako raper. Szkoda, że duża część była już wcześniej dostępna, czy to w sieci, czy jako winylowe single.

Komentarze

komentarzy