Recenzja: Domo Genesis Genesis

Data: 3 maja 2016 Autor: Komentarzy:

domo

Domo Genesis

Genesis (2016)

Odd Future

Od sensacji blogosfery, przez kolektywny sukces nadzorowany przez Tylera, po obecny schemat realizowania indywidualnych ścieżek kreatywnych — grupa Odd Future na stałe wpisała się w kanon współczesnej muzyki i kultury popularnej. Reprezentowana dziś samodzielnie na różnych frontach przez tak dojrzałych artystycznie twórców jak wspomniany Tyler, the Creator, Earl Sweatshirt, Frank Ocean i The Internet, po debiutanckim materiale studyjnym Genesis w to zaszczytne grono z czystym sumieniem wliczyć może Domo Genesisa.

Pierwsze kroki za mikrofonem Domo stawiał w ramach mixtape’u Odd Future zatytułowanego Radical z 2010 roku. Charakterystyczne, leniwe flow stanowiło solidne uzupełnienie kolorowego kolażu złożonego z przepastnej ilości rapujących członków OFWGKTA, aczkolwiek zaspana maniera i wokalna niedokładność nie zwiastowały raczej większego sukcesu artystycznego projektów solowych. Przez pierwszy etap kariery Genesisa rzeczywiście tak było — taśmy inspirowane falą upalonego hip-hopu z Wizem Khalifą i Curren$ym na czele produkowały pojedyncze świetne utwory, otoczone często nużącymi wypełniaczami. Najciekawszą odskocznią od tej reguły było wydawnictwo No Idols z 2012 roku w całości wyprodukowane przez legendarnego Alchemista. Formuła nie uległa w dużym stopniu zmianie, natomiast konsekwencja producencka i jasno nakreślony koncept złożyły się na ponad poprawne pół godziny dusznego, nowoczesnego hip-hopu. Jednakże cały dotychczasowy katalog rapera nie zwiastował tak diametralnego rozwoju i tak wyraźnego charakteru twórczości jak ten nakreślony na tegorocznym albumie Genesis.

Droga od tworzenia tła pod bletkę i młynek (co w żadnym wypadku nie jest ujmą, po prostu brakowało egzekucji), po tak zaawansowany muzycznie materiał jest nie tyle zaskakująca, co zwyczajnie godna podziwu — Domo od zawsze zdradzał niemały potencjał, zwyczajnie blokowany narzuconą sobie formą. Jego studyjny debiut jest jednak artystycznym lotem w przestworza, nisko kłaniającym się standardom zachodniego hip-hopu. Niewiele płyt z 2016 roku może konkurować z tymże albumem w kategoriach organiczności i vibe’u. Fenomenalne linie basowe, bębny i instrumentarium ociekające funkiem, soulowe refreny i niepowtarzalny, kalifornijski klimat zaowocowały jedną z najciekawszych propozycji na sezon wiosenno-letni. Singlowe „Dapper” z bezbłędnym Andersonem .Paakiem zakończone szarpiącą gitarową solówką to jeden z najdonośniejszych hitów ostatnich miesięcy, a sparowany z takimi petardami jak „Coming Back” z pełnym groove’u hookiem Mac Millera, tłuczącym bębnami na wzór J Dilli „Faded in the Moment” czy stonerskim „Go (Gas)” z Wizem, Juicym J’em i Tylerem brzmieniowo niemalże wyrwanym z Goblin lub Wolf dają niezwykłą kolekcję słonecznych rzutów za trzy punkty bez kontaktu z obręczą.

Jako gospodarz Domo Genesis jest głodny jak wilk — tak wielu wariacji swojego flow nie dostarczył jeszcze nigdy dotąd, tekstowo lawirując od luźniejszych, znanych wcześniej wątków po bardzo osobiste wycieczki pełne rozliczeń, marzeń i wrażenia nieodpartego dążęnia do sukcesu. Doprowadza to czasem do zbyt patetycznych efektów jak w „All Night” z King Chipem, gdzie partia klawiszy drażni zamiast poruszać, ale jest to jedyna tak wyraźna wpadka w kontekście całego albumu. Przeciętnych momentów jest naprawdę niewiele, a celowe doszukiwanie się ich to jawny przejaw małostkowości. Przyszłość jest zdecydowanie jasna, tak bardzo jak czterdzieści minut słonecznej, muzycznej lampy na Genesis.

Komentarze

komentarzy