70017817-a67f-4f2e-b608-d8d3ab3fc475

Recenzja: Ariana Grande Dangerous Woman

Data: 28 czerwca 2016 Autor: Komentarzy:

0005INLWSMPRN3EP-C122

Ariana Grande

Dangerous Woman (2016)

Republic

Kiedy Britney Spears zrywała z wizerunkiem grzecznej dziewczynki przy trzeciej płycie Britney, w międzyczasie Christina Aguilera pozbywała się etykiety cudownego dziecka Disneya, wydając Stripped. To były zmiany szokujące, ale nie nieprzewidywalne. Nie inaczej było kilkanaście lat później w przypadku Miley Cyrus, która rozpoczęła ruch twerkowania na rozdaniu nagród MTV, zostawiając przeszłość Hannah Montany daleko w tyle. Wydawało się, że Dangerous Woman będzie w pewnym stopniu tego typu punktem zapalnym dla Ariany Grande. Wokalistce zabrakło jednak pikanterii i koniec końców na Dangerous Woman jest o wiele mniej niebezpieczna niż sugerowałyby to tytuł czy okładka płyty.

Jedno jest pewne — tym albumem oraz różnymi akcjami promocyjnymi przed jego wydaniem, jak ten występ w Saturday Night Live, uciekła raz na zawsze od wszelkich porównań z Marią Carey. Nie tylko ugruntowała swoją pozycję pośród czołowych wokalistek w głównym nurcie, ale udowodniła również, że z ogromną gracją bawi się obecnymi trendami z pogranicza popu i współczesnego R&B, od czasu do czasu sięgając nawet po reggae czy hip hop. Wszystko to okraszone zostało wdzięcznym i słodkim, choć nie przesłodzonym, jak to się zdarzało na debiucie, wokalem.

Album zaczyna się delikatnym i urokliwym „Moonlight”, które przeradza się w bez wątpienia najbardziej namiętny singiel tego roku „Dangerous Woman”. To właśnie w tym momencie granica pomiędzy byciem nastolatką a graniem roli w pełni dojrzałej kobiety zaciera się najmocniej. Jeszcze bardziej ta transformacja jest słyszalna w nieco kontrowersyjnym „Into You”, które zgrabnie łączy w sobie dance i elektronikę, pozwalając tym samym zapomnieć o nachalnym i zbyt głośnym „Break Free”. Niestety, niewiele jest momentów, w którym Grande podejmuje podobne ryzyko. Sprawdziło się to przy wabiącym i przedłużającym się w nieskończoność „Let Me Love You” z udziałem Lil Wayne’a (zupełnie niepotrzebnym) czy pulsującym, idealnym na klubowe parkiety „Greedy”, ale nie starczyło na tyle, bym mogła tę płytę określić jako przełomową.

Dangerous Woman jest w dużej części zachowawcza i bezpieczna. „Be Alright” nie wyróżnia się ani mniej ani bardziej niż „Focus”, które ostatecznie nie trafiło na album, a jamajskie „Side to Side”, przywołujące na myśl inspirację Rihanną, nagrane wspólnie z Nicki Minaj, równie dobrze pasowałoby na ostatnim album raperki The Pinkprint. Im dalej w głąb albumu, tym słabsze i bardziej męczące numery. Ariana niewątpliwie została przyćmiona przez Macy Gray w bardzo przewidywalnym „Leave Me Lonely” i niekoniecznie wpasowała się w świat trapowego rapu z Futurem w kooperacji „Everyday”.

Nie jest jednak tak, że o trzecim albumie Grande należy myśleć jak o zmarnowanej szansie. Co prawda, wokalistka nie do końca zamanifestowała wejście w dorosłość, ale i w dalszym ciągu radzi sobie o wiele lepiej z doborem repertuaru niż robią to jej rówieśniczki Selena Gomez czy Demi Lovato. Wydaje się, że z takim talentem wokalnym, tanecznym i aktorskim, prędzej zobaczymy Grande w roli życia w musicalu na Broadwayu niż nagrywającą opus magnum na miarę Whitney Houston nieodżałowanej diwy czy Butterfly Mimi. A że po drodze dostaniemy od Ariany kilka naprawdę przyzwoitych przebojów? Tym lepiej dla nas.

Komentarze

komentarzy

70017817-a67f-4f2e-b608-d8d3ab3fc475