Recenzja: Maxwell blackSUMMERS’night

Data: 5 lipca 2016 Autor: Komentarzy:

Maxwell

blackSUMMERS’night (2016)

Columbia

Trzy płyty w trzy lata. Tak Maxwell zapowiadał projekt Black Summers’ Night w 2009 roku. Pobożne życzenie, jeśli wziąć pod uwagę, że już pierwszy krążek serii trafił do sklepów znacznie opóźniony w stosunku do pierwotnych planów. Nie drzyjmy jednak szat — procesu kreatywnego czasami nie da się przyśpieszyć, co zresztą podkreślał w ostatnich wywiadach sam twórca — zwłaszcza że trzecia część najprawdopodobniej ukaże się jeszcze przed 2020 rokiem. Jest więc światełko w tunelu, że doczekamy zamknięcia muzycznej trylogii Maxwella.

Mamy rok 2016. Od lat trendy i nurty w muzyce popularnej nie mają dominującej pozycji. A nawet jeśli, to tylko przez przysłowiowych pięć minut — bo albo krępują powierzchownością, albo w ciągu chwili ewoluują lub wypierane są przez kolejne mody i nurty. Ani słuchacze, ani krytycy, ani tym bardziej artyści nie łudzą się już, że adekwatność brzmienia nie ma nadrzędnego znaczenie przy odbiorze muzyki. Półwiecze obcowania z tą materią nauczyło nas wszystkich, że wielkie płyty nie tylko mogą, ale wręcz powinny być osadzone poza czasem.

Czy wydane w 2009 roku BLACKsummers’night było wielką płytą osadzoną poza czasem, czy dobrze z jego duchem korespondowało? Po trosze i jedno, i drugie. I komercyjnie, i stylistycznie było triumfalnym powrotem weterana, o którym niewielu już pamiętało, ale ci, którzy nie zapomnieli, patrzyli w przyszłość z niesłabnącą wiarą. Siedem lat później sytuacja się powtarza. Zmieniają się kontekst i nasz bohater. Nie zmienia się natomiast wizja, a właściwie szkic wizji, bo trudno dziś nie dostrzec, że w momencie premiery pierwszej części Maxwell miał mgliste pojęcie o kształcie kolejnych. Black Summers’ Night to pod żadnym pozorem projekt koncepcyjny, jeżeli projekt w ogóle. To po prostu Maxwell nagrywający kolejny album Maxwella w ramach luźnego pomysłu sprzed lat. Pomysłu — trzeba to zaznaczyć — z jednej strony dodającemu nowej premierze animuszu, a z drugiej niczym kula u nogi niepozwalającemu piosenkarzowi właściwie rozwinąć skrzydeł.

Instrumentalna miniaturka „Phoenix Rise” kończąca BLACKsummers’night była mistrzowskim cliff hangerem. Zapowiadała zupełnie nową jakość, rozbudzając wyobraźnie milionów i, co ważne, była jednocześnie epilogiem i prologiem. Z podobnego klucza Maxwell wychodzi na blackSUMMERS’night — „All the ways that love can rise above / All the ways that love can feel alive” to fraza, na którą czekaliśmy siedem długich lat. Obezwładniające poczucie spełnienia, Maxwell 2.0., prawdziwy feniks z popiołów. Na tym chciałbym móc ten tekst zakończyć i mógłbym, gdyby tylko Maxwell zakończył na tym swoje blackSUMMERS’night.

Dalej niestety robi się bardziej zachowawczo. W okamgnieniu feniks znowu się spala. Maxwell się starał, nie ma co do tego wątpliwości — chciał z wielkim wysiłkiem uchwycić moment, który w 2009 roku zaczął wymykać mu się z rąk, aż wreszcie bezpowrotnie przepadł. Koniec końców blackSUMMERS’night to płyta środka — bardziej szukanie pomysłu na siebie niż faktyczna jego realizacja. Doskonale obrazuje to „III” — potencjalny hajlajt dyskografii Maxwella 2.0. Śmiałe ubeatowe R&B oparte na minimalistycznym syntezatorowym bicie, ale czerpiące jednocześnie z dokonań bigbandowego soulu, numer, który jeszcze kilka lat temu mogłoby genialnie wyprodukować Maxowi The Neptunes. Brakuje jednak substancji. „What you’re waiting for” — śpiewa Maxwell, a ja odpowiadam — na refren i na prawdziwie dającą się odczuć radość tworzenia. Piosenkarz robi co może, próbuje wykrzesać z siebie pokłady charyzmy, której wcześniej w tak ewidentny sposób nie dawał po sobie poznać, ale jest to charyzma raczej zarzynanego psa niż Jamesa Browna czy Curtisa Mayfielda, a tego takiemu nagraniu potrzeba.

Melancholia i przygnębienie zbierają żniwo także w płasko wyprodukowanym „Lake by the Ocean” okraszonym topornie machinalnym refrenem. Pozbawiona głębi produkcja i pozostawiająca wiele do życzenia balansująca momentami na granicy improwizacji melodyka są zresztą największymi wadami blackSUMMERS’night. Trudno przebrnąć przez ciekawie zaaranżowane, ale pozbawione refrenu i charakteru „The Fall” i „1990x”, a kończące płytę „Listen Hear” pozostawia słuchacza co najwyżej w rozterce. Trudno jednoznacznie wskazać, gdzie popełniono błąd, ale dominantą blackSUMMERS’night jest niestety chaos. Maxwell nadal jest oczywiście wielowymiarowym artystą — znajdziemy tu m.in. wdzięcznie pulsujące łączące przebojowość singli z BLACKsummers’night, kojący quiet storm i nubeatową odsłonę piosenkarza „Gods”, nujazzowe „Fingers Crossed” prowadzone podwójnie — przez dramatyzującą w filmowym stylu sekcję jazzową i fortepian Roberta Glaspera oraz „Lost” napisane i wykonane w tradycji kameralnego soulu spod znaku Donny’ego Hathaway’a.

blackSUMMERS’night, choć pozostawia wiele do życzenia, to mimo wszystko udana płyta. Miejmy nadzieję, że, jak to zazwyczaj w przypadku trylogii bywa, druga część okaże się tą najsłabszą. Czekamy na wielki finał.

Komentarze

komentarzy